Kazimierz Deyna

Przeglądaj

Amazonka 2010 i 2014

Amazonia 2014

Starogardzianin Rafał Kośnik powrócił do Amazonii, by raz jeszcze zmierzyć się z żywiołem największej rzeki świata. Z początkiem 2014 roku rozpoczął wyprawę, której patronuje m. in. Prezydent Miasta Starogard Gdański. Zapraszamy do lektury relacji z wyprawy pod poniższym adresem:

http://amazoniaextreme.pl/


Amazonka ćwierć wieku później

(28.01.2011)

Od dzieciństwa fascynowała mnie tajemnicza, egzotyczna i nie do końca zbadana kraina jaką jest Amazonia. Intrygowały mnie niezliczone gatunki pięknych, a zarazem dziwacznych roślin, niezwykle barwnych i żarłocznych ryb oraz dzikich zwierząt. Ciekawił mnie świat różnych plemion, ludzi żyjących w izolacji, tak jak przed wieloma wiekami –  celebrujący swoje tradycje i wyjątkową kulturę.

ilustracja

ilustracja
Chcąc to wszystko poznać i obejrzeć na własne oczy, pożyć rytmem dżungli wtapiając się w nią – wpadłem na pomysł, by podążyć śladami Piotra Chmielińskiego, który jako jedyny człowiek na świecie przepłynął całą długość Amazonki. Chciałem zobaczyć jak rzeka i przyroda wokół niej się zmieniła od 1985 roku. Wyprawa kajakiem po Amazonce, od Pucallpy w Peru aż do jej ujścia [5500km] to było ziszczenie moich marzeń. Start z Pucallpy był celowy, ponieważ tylko tam można dotrzeć drogą lądową, a zarazem dostarczyć składany kajak, który przekazała mi polska firma Wayland Folding Kayaks z Mławy ( www.wayland.com.pl ).

ilustracja

Został on specjalnie przygotowany na tą ekstremalną wyprawę. Dodatkowe luki bagażowe i kieszenie na rzeczy podręczne, bardzo wygodne siedzenie, specjalny materiał odporny na uszkodzenia oraz perfekcyjne wykonanie. Całe przedsięwzięcie miało trwać 3,5 miesiąca. Pierwsze kłopoty zaczęły się już przed odlotem z Polski kiedy to linie lotnicze nie chciały zabrać dodatkowej torby, pomimo mojej chęci dopłaty (na trasie z Caracas do Limy latają zbyt małe samoloty). Chcąc nie chcąc musiałem część kajaka wysłać Cargo i przygotować się na koszmarne odprawy celne jakie panują w Peru. Na szczęście przez Internet poznałem pana Jana Zakrzewskiego, który jest prezesem Domu Polskiego organizacji polonijnej w Peru. Pan Prezes obiecał pomoc po przylocie do Limy w sprawach organizacyjnych. Dotarłem na miejsce. Na lotnisku czekali na mnie p. Zakrzewski wraz z przyjacielem Wiesławem Górskim, który użyczył mi swojego mieszkania. Druga część bagażu miała dotrzeć za dwa dni. Jak się dowiedziałem, Lima to jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie. Taka pomoc była bezcenna. Na drugi dzień Wiesiek  pojechał ze mną do ambasady na spotkanie z konsulem w celu informacyjnym. Miałem opowiedzieć jaką trasą będę płynął, w razie gdyby  coś się stało, by ambasada wiedziała na jakim obszarze mnie szukać. Konsul na wiadomość o mojej wyprawie zareagował spontanicznie: „(…) Nie mówiąc językiem dyplomatycznym – to jest czyste wariactwo Panie Rafale:)!’. Poza tym ambasador dał mi pismo w języku hiszpańskim popierające wyprawę i prośbę w imieniu Ambasady Polskiej kierowaną do wszystkich napotkanych ludzi, pomoc w tym przedsięwzięciu. Kolejnego dnia dotarł mój bagaż. Wiesiek wykazał się nie lada fantazją w urzędzie celnym. Bez większego zastanowienia przedłożył pismo Ambasadora na lotnisku, co wywarło nie małe wrażenie na celnikach. Dodatkowo, korzystając ze specyficznego podejścia Peruwiańczyków do telewizji –  zapytał czy w urzędzie można włączyć kamerę, bo po południu przyjeżdża redaktor z telewizji i chcą nagrać mój symboliczny start wyprawy (było to oczywiście fikcją). Niemniej znakomicie zadziałało. Całe biuro „stanęło na nogi”. Mimo tak wielkiego zaangażowania urzędników bagaż udało się wydobyć dopiero następnego dnia. Przy odbiorze powiedzieliśmy, że udało nam się przesunąć wywiad o jeden dzień. Celnik zapytał jak się będzie nazywała dziennikarka robiąca wywiad, na co Wiesław bez mrugnięcia okiem wymyślił na poczekaniu, że Catrina. Celnik zaś z fascynacją w oczach, odpowiedział o dziwo, że wie jak ona wygląda. Śmiechu było co nie miara! Nie ukrywam, że słuchając tych wymyślonych historii miałem wielki problem z utrzymaniem powagi, tym bardziej że natura nie poskąpiła mi poczucia humoru.

ilustracja
W sobotę zostałem zaproszony wraz z Wiesławem przez pana Jana i jego żonę Blankę na uroczysty obiad, gdzie zaserwowano nam tradycyjne dania peruwiańskie. Degallina – jest to gotowana kura z pysznym sosem, olluquito – specjalna odmiana malutkich ziemniaków z papryką i danie sztandarowe, ceviche – ryba w soku z limonki wraz przyprawami. Pyszność.  Później rozmawialiśmy o historii gospodarzy. Jak się znaleźli w Peru, jak im się tam żyje. Muszę przyznać, że Polonia w Limie jest bardzo zgrana i często Polacy sobie wzajemnie pomagają oraz kultywują naszą kulturę i tradycję. Wieczorem skończyliśmy niezwykle miłą i ciekawą wizytę. Jeszcze tego samego dnia kupiłem bilet autobusowy do Pucallpy, do której wyruszyłem po pożegnaniu następnego dnia. Życzliwość, bezinteresowność i zaangażowanie  mojego przyjaciela Wieśka w udzielenie mi pomocy  było niespotykane. Takich ludzi nie spotyka się wielu w życiu. Duży żal, iż dalej muszę jechać sam. Przed wejściem do autobusu wszyscy są nagrywani na kamerę, ponieważ bardzo często się zdarzają napady na ten środek lokomocji, a bandyci jadą jako pasażerowie. Poprzez nagranie łatwiej ich zidentyfikować policji. Trasa do Pucallpy uchodzi za bardzo niebezpieczną. Podróż trwała szesnaście godzin, jednak autobus był niezwykle komfortowy. Jazda naszego kierowcy, wymijanie na trzeciego po górskich drogach, które są bardzo wąskie i nierzadko przebiegają na dużych wysokościach z kilkusetmetrowymi przepaściami, przyprawiało mnie o palpitację serca. Rekompensatą za te nerwy były niesamowite widoki urwisk skalnych i wodospadów. Kolejnego dnia rano dotarłem na miejsce, gdzie miał mnie odebrać z autobusu znajomy Wieśka. Rozpoznał mnie bez problemu, ponieważ byłem jedynym białym. Gdy zobaczyłem, że przyjechał motorkiem na trzech kółkach, a ja mam tyle bagażu, że w Polsce nie mogłem się zmieścić do passata combi, to trochę zwątpiłem w ten transport. Jednak Peruwiańczycy, co się później okaże mają o wiele większą fantazję od Polaków. Kierowca tak to zapakował, że było jeszcze sporo miejsca na zakupy, które za chwilę zrobiłem. Tak obładowani dotarliśmy wreszcie do portu. Tutaj przywitał nas tłum gapiów i mordercza temperatura, ale byłem na miejscu. Szybko wziąłem się do składania kajaka. W normalnej temperaturze zajęłoby mi to godzinę, może dwie, ale w tych warunkach, wraz z tłumem gapiów których trzeba było pilnować, bo kręcili się wokół mojego bagażu, trwało to pół dnia. Do tego jeszcze załadunek wszystkich niezbędnych rzeczy typu żywność – odżywki dla sportowców firmy Olimp ( www.olimp-supplements.com ), ryż, makaron i inne, woda oraz wszystkie niezbędne akcesoria do przeżycia w Selwie. Było już grube popołudnie,gdy byłem gotów do drogi. Ludzie jak mnie pytali dokąd płynę, słysząc moją odpowiedź wybuchali śmiechem. Co muszę przyznać nie zachęcało mnie to do dalszej drogi. Oprócz tego poprzez całodzienne przebywanie na słońcu doznałem udaru cieplnego. Kompletnie opuściły mnie siły. Jednakże chciałem wyruszyć i odpłynąć chociaż kawałek od portu, rozbić obóz i odpocząć. Nie było to takie proste, wokół mnie pełno oceanicznych statków gigantycznych rozmiarów i ja w kajaku zanurzonym do granic możliwości[chyba przesadziłem z ilością bagażu]. Miałem wrażenie, że każdy mój ruch grozi wywrotką. Jak odbiłem od brzegu, podpłynęła na poduszkowcu straż przybrzeżna mówiąc, abym odpływał jak najdalej od statków, ponieważ mogą mnie wciągnąć wiry silników. Na szczęście udało mi się odpłynąć kawałek od portu. Ledwie utrzymywałem równowagę, przez ogrom ładunku, a tu kolejna niespodzianka. Tuż przed dziobem kajaka rzucił się ogromny delfin słodkowodny, tylko cud sprawił, że nie wpadłem do wody. Natychmiast postanowiłem szukać obozowiska i dopłynąłem do najbliższej chaty, aby tam odpocząć i przenocować. Kajak przymocowałem do dużej łodzi, przypiętej do dużego drzewa. Wyjście na brzeg było bardzo strome, gdyż rzeka  ma tutaj zawsze z jednej strony kilkunastometrowe klify, przy których płynie silny nurt, natomiast z drugiej strony są duże piaszczyste plaże, gdzie nurt jest o wiele słabszy. Taka reguła występowała na całej długości.

ilustracja

ilustracja

Ukajali [taką w tym miejscu nosi nazwę rzeka] jest już dosyć szeroka na tej wysokości średnio trzy, cztery kilometry, co robi wrażenie. Dopiero później w połączeniu z Maranionem otrzymuje nazwę Amazonka, ale to wiele kilometrów dalej. Po wyjściu na brzeg udałem się do gospodarzy, aby zapytać, czy mogę rozbić na ich terenie mój namiot i tu pierwsza miła niespodzianka. Nie dość, że pozwolono mi się rozgościć, to gospodarz o imieniu Carlos pomógł mi wnieść po stromej górze bagaże i zaprosił do swojej chaty na kolację, co miało się później okazać naturalnym zachowaniem tubylców. Gościnność Peruwiańczyków z selwy, ich bezinteresowność i traktowanie przybyszów jak członka swojej rodziny, okazało się normą. Nigdzie na świecie nie spotkałem czegoś takiego. Wspaniali ludzie. Po zjedzeniu kolacji rozbiłem namiot i skonany poszedłem spać. Obudzili mnie gospodarze ok 20, ponieważ szła potężna burza i sztorm już szalał na rzece, mój kajak uderzał z całych sił o burtę ogromnego czółna, do którego był przywiązany. Jeszcze trochę i byłby całkiem rozbity. Wskoczyłem z Carlosem w ciemną i głęboką otchłań wody i ostatnimi resztkami sił wrzuciliśmy go  do dużej łodzi. Ledwie stałem na nogach po udarze słonecznym, marzyłem tylko o chłodniejszej nocy. Burza zbliżała się dużymi krokami. Położyłem się do namiotu, zaczęły potwornie bić pioruny, a z nieba lunęła ściana deszczu. Ulewa w Amazonii wygląda trochę inaczej niż u nas, z chmur padało tak, że w ciągu kilkunastu minut cały teren wokół mnie był zatopiony na 60 cm, w namiocie z wody jak leżałem wystawała tylko moja głowa. Chcąc nie chcąc musiałem w niej tkwić do rana. Wstałem skoro świt strasznie zziębnięty. Duża część bagażu, która nie była zapakowana w wodoszczelne worki, kompletnie zmokła. Przez cały dzień to wszystko suszyłem. Na szczęście kajak dobrze zniósł ten sprawdzian.

ilustracja

ilustracja

Wypłynąłem dopiero kolejnego dnia. Widoki cudowne, chociaż selwa wszędzie przetrzebiona, praktycznie sama wtórna, czyli taka, która była poddana całkowitemu zrębowi i teraz odrasta na jednym poziomie, gdzieniegdzie pierwotna z różnymi poziomami ogromnych drzew i krzewów. Prędkościomierz na gpsie średnio wskazywał 10km na godzinę. Kajak został znacznie odciążony, ponieważ w ramach rewanżu za pomoc i gościnę zostawiłem Carlosowi dużą część mojej żywności. Woda stoi tak nisko, iż statki grzęzną na mieliznach[najniższy stan wody od 47 lat]. Ból mięśni potworny, organizm nie przyzwyczajone do tak długiego wysiłku. Mocno obtarte dłonie. Jadłem tylko odżywki, kreatynę firmy Olimp, banany. Ryb nie miałem czasu łowić. Średnio dziennie przepływałem 70km. Duże utrudnienie w pokonywaniu trasy sprawiały mielizny, na których osiadałem nieraz na środku rzeki. Co wyglądało trochę komicznie jak 2 kilometry od brzegu wychodziłem z kajaka i ciągnąłem go kilkadziesiąt metrów na linie. Kolejną rzeczą, która sprawiła mi ogromne trudności były codzienne sztormy, gdzie fala była jak na morzu. Potrafiły one trwać nawet kilka godzin. Na szczęście kajak radził sobie z nimi znakomicie, pomimo wielkich przeciążeń jakim był poddawany – zachowywał niezwykłą wytrzymałość oraz zwrotność. Jednakże prawdziwe kłopoty zaczynały się jak występowała burza, a z nią kosmiczne szkwały. Jedynym ratunkiem zostawała ucieczka do brzegu, co nie było  łatwą sprawą, ponieważ prawie zawsze byłem oddalony od niego kilka kilometrów i musiałem płynąć pod falę, aby nie zaliczyć wywrotki, co znacznie przedłużało ewakuację. Te zjawiska występowały prawie codziennie i miały charakter gwałtowny. Upał w godzinach południowych przybierał formę ekstremalną, dużo szybciej mnie wyczerpując. Tubylcy ostrzegali mnie, żeby nie płynąć nocą, bo jest dużo napadów i często mordują ludzi, a poza tym pływa masa statków, które mogą mnie staranować. Bardzo pozytywnie zaskakiwali mnie Peruwiańczycy, którzy często  nawoływali z brzegu, na posiłek dawali mi ogromne ilości owoców[papai, bananów, pomarańczy i innych]oczywiście nie chcieli za to pieniędzy. Przy stole czułem się wyjątkowo, zawsze dostawałem najlepsze kąski do jedzenia. W pewnym momencie przestałem gotować, ponieważ gdziekolwiek się zatrzymałem na odpoczynek serwowano mi posiłki. Przeważnie były to gotowane ryby i banany oraz ryż z fasolą.

ilustracja

ilustracja

ilustracja

Po całodziennych, morderczych zmaganiach z rzeką było to duże odciążenie od podstawowych obowiązków. Jedną z rzeczy, która mnie zdziwiła była  nadzwyczajna miłość Peruwiańczyków do piłki nożnej. Nawet w najmniejszej wiosce musiało być boisko, a jedynym Polakiem rozpoznawanym w tym kraju jest Grzegorz Lato, który strzelił bramkę Peru na Mistrzostwach Świata w latach siedemdziesiątych..:-) Mój standartowy dzień zaczynał się jeszcze przed świtem szybkim zwijaniem namiotu, zapakowaniem się do kajaka i ucieczką na wodę przed komarami latających o tej porze w ogromnych ilościach. Musicie wiedzieć, iż w tym regionie roznoszą malarię, dengę i inne choroby. Będąc na rzece, oddalony od brzegu już ich nie było, podobnie jak po wzejściu słońca, także znikały. Płynąłem zawsze tak długo aż upał dawał się we znaki. Wtedy dopiero robiłem przerwę na toaletę i śniadanie zazwyczaj była to godzina 9. Porankiem starałem się robić lwią część dziennego dystansu, gdyż później oprócz słońca było coraz więcej utrudnień w postaci wcześniej wspomnianych sztormów i burz. Codziennie szczególnie rano były aktywne delfiny, które towarzyszyły mi przez całą drogę. Delfiny występują tu w dwóch gatunkach – delfin szary i różowy. Dorastają do sporych rozmiarów ok 100 kg. Toteż trochę obawiałem się wywrócenia kajaka jak wynurzały się tuż przed nim, mimo to uważałem ich za miłych towarzyszy podróży. W rzece jest tych ssaków sporo, ale to dlatego, że miejscowi ich nie łowią.Wierzą w ich nocną przemianę w człowieka.

ilustracja

Ta legenda wzięła się  stąd, że w nocy delfiny są najbardziej aktywne i buszując przy brzegu szukając ryb. Słychać wtedy ich oddechy, przypominające do złudzenia ludzkie oddychanie. O poranku przeważnie była mgła, dodając majestatycznego wizerunku selwie. Widoki zapierały dech, a niesamowite  odgłosy budzących się zwierząt pokazywały enigmatyczne piękno Amazonii. Po śniadaniu dalsze kilka godzin wiosłowania, aż do całkowitego wyczerpania .Co godzinę piłem wodę i przekąszałem owoce lub odżywkę dla sportowców, która była bardzo wygodnym posiłkiem dostarczającym odpowiednią ilość węglowodanów i białek.

ilustracja

Po południu wyłaniające  się potężne fale zmuszały mnie do dłuższego postoju, co owocowało poznawaniem nowych ludzi i przeżywaniu niezwykłych przygód. Jedną z pierwszych było zatrzymanie się przy chacie, z której dochodziły odgłosy jak z kórnika. Ludzie jak zwykle ugościli mnie wspaniałym obiadem. Później okazało się, że trudnili się łapaniem i przemytem papug. Byłem  przy jednym z ich polowań, gdzie na sieci umocowane na dziesięciometrowych palach wpadło około 2 tysięcy tych przepięknych ptaków. Potem były wyplątywane jak ryby i pakowane do ogromnych klatek po kilkaset sztuk. Wydawały przy tym straszny wrzask. Wiele ginęło w matni sieci. Makabryczny widok. Mamy kolejny przykład w jak zastraszającym tempie ginie selwa. To był połów tylko z jednego dnia. Potem w koszmarnych warunkach te stworzenia muszą odbyć trzydniową podróż do Pucallpy i zostają sprzedane pośrednikom. Ci zaś usypiają je gazem, aby nie hałasowały i przemycają dalej do Europy lub Stanów Zjednoczonych. Oczywiście bardzo wiele ptaków ginie w tej podróży. Niestety taka jest smutna prawda. Najbliższe pokolenie nie będzie najprawdopodobniej oglądać dziewiczej selwy i wielu jej mieszkańców, chyba, że w rezerwatach, bo póki co rząd peruwiański nie robi nic w tym kierunku, żeby zwalczać takie procedery.

ilustracja

ilustracja

ilustracja

Późnym popołudniem  jak tylko rzeka się uspokoiła ruszałem w dalej w drogę. Płynąłem przeważnie do zmroku. Następnie szukałem  miejsca na obozowisko. Starałem się rozbijać namiot w pobliżu jakichś domostw, przede wszystkim w celu bezpieczeństwa, aby uchronić się przed ewentualnymi napadami lub atakiem jaguarów, których świeże ślady często spotykałem w dzień na piaszczystych plażach. Po rozbiciu namiotu byłem tak zmęczony, że myślałem tylko o tym, aby iść spać. Noce w Amazonii są zjawiskowe. Wszędzie wokół latają tysiące świetlików rozświetlających niebo, do tego masa fruwających nietoperzy, często obijających się o ścianę namiotu, odgłosy nocnych ptaków lub świerszczy. Wrażenie było takie, jakby na zewnątrz wszystko się ruszało. Na żer wychodziły różnego rodzaju węże, gryzonie i owady. Miałem uczucie jakbym był częścią tego ekosystemu, wtapiając się z selwą w jedną całość. Mój namiot składał się tylko z moskitiery nie było w nim tropiku, ponieważ tutejsze noce są zbyt gorące. W taki sposób mogłem te wszystkie cuda bezpośrednio obserwować, bo dzieliła mnie od tych zjawisk jedynie cienka firanka, co za tym idzie musiałem w nocy uważać, żeby przewracając się jej nie dotykać bezpośrednio ciałem, gdyż groziło to ukąszeniem komara występującego na zewnątrz w milionach egzemplarzy lub wyżej wymienionych nietoperzy wampirów czyhających na darmowy posiłek z ludzkiej krwi, a przy okazji roznoszących wściekliznę. To wszystko powodowało niesamowite doznania emocjonalne. Po siedmiu dniach walki z odmętami rzeki dotarłem do miejscowości Contamana. W międzyczasie zaczął mocno boleć mnie kręgosłup, którego kontuzję miałem kilka lat wcześniej. Oprócz tego powstały mi na nogach poważne odparzenia wynikające z wielogodzinnego zamaczania nóg w wodzie, którą chlapałem wiosłując. Miasteczko do którego dotarłem liczyło zaledwie kilka tysięcy mieszkańców. Była w nim szkoła, kościół, posterunek policji i trochę sklepów. Do tego kilka dróg zrobionych  z betonu. Jeździły po nich trójkołowe motokary, sporadycznie motory natomiast brak było samochodów. Bardzo mi się chciało śmiać, gdy pewnego dnia widziałem trzech mężczyzn jadących motokarem i wiozących z tyłu dwie stukilowe żywe świnie, przywiązane do ramy sznurkami (taka jest peruwiańska pomysłowość!).

ilustracja

ilustracja

Po kilku dniach odpoczynku i podleczeniu ran ruszyłem w dalszą drogę. Drugiego dnia dopłynąłem do maluteńkiej wioski, gdzie zatrzymałem się na posiłek. Tam po raz kolejny przekonałem się, iż Peruwiańczycy nie mają poczucia czasu oraz odległości. Bardzo zachwalali piękne wodospady z wodami termalnymi będące podobno nieopodal. Mówili, że znajdują się około kilometra i maksymalnie tę drogę można pokonać w dwadzieścia minut. Chcąc zobaczyć ten cud natury, a zarazem odpocząć od wiosłowania poszedłem wąską ścieżką w dżunglę. Jednak długość drogi wynikająca z obliczeń mojego gpsa wynosiła 9 kilometrów i pokonałem ją po stromych urwiskach w dwie godziny. Wysiłek mimo wszystko był opłacalny. Moim oczom wśród pierwotnej, mrocznej selwie ukazał się surrealistyczny widok. Cudowne wodospady otoczone gęstą mgłą powstającą w wyniku różnicy temperatur powietrza i wody. Woda w tym miejscu poprzez działanie źródeł termalnych ma około 70 stopni Celsjusza. Przez to nie mogłem zamoczyć nóg w wodzie więcej, niż na kilka sekund. Wrażenia z roztaczanych krajobrazów wspaniałe. Przy okazji nauczyłem się na przyszłość, aby brać poprawkę na ocenę czasu i odległości, jaką mają tubylcy. W drodze powrotnej prawie stanąłem bosą stopą na jadowitego pająka. Była to Czarna Wdowa, na szczęście w porę ją zauważyłem i uniknąłem niebezpieczeństwa. Kolejnego dnia w trakcie spływu nadchodziła gigantyczna burza w trakcie, jak byłem na środku rzeki. Trochę ją zbagatelizowałem, ponieważ burze w tym regionie zbliżają się bardzo powoli. Wynika to ze słabego wiatru występującego w Amazonii. Jednak, gdy już dotrą są niezwykle niebezpieczne. Wielkie błyskawice uderzające z częstotliwością kilkudziesięciu razy na minutę, huraganowy wiatr i niezwykle ulewny deszcz, tym się charakteryzują. Poprzez powolne zbliżanie, można nie raz przed nimi uciekać. Tak też myślałem tym razem, aby nie tracić czasu na postój, próbowałem ją wyprzedzić. Mimo wszystko się nie udało. Błyskawice zaczęły bić o taflę wody bardzo blisko mnie. Ja  byłem oddalony od brzegu jakieś 2 kilometry. Wiedziałem, że nie ma żartów. Ruszyłem w stronę plaży z prędkością motorówki. Mój kajak mnie nie zawiódł i szczęśliwie uniknąłem trafienia piorunem, jak również wywrotki w wyniku szkwału, jaki powstał. Ta przygoda nauczyła mnie respektu do matki natury. Jednak wychodząc na brzeg stanąłem bosą nogą na gigantyczną płaszczkę. Poczułem pod stopą śliskie ciało ryby. Automatycznie zerwała się i uciekła w brunatną toń wody machając dookoła swoim ogonem uzbrojonym w śmiertelnie, jadowity kolec jadowy. Nie wbiła go we mnie tylko dlatego, że pod wpływem ogromnej siły jej zrywu przewróciłem się do tyłu i ległem na plecach jak długi. Indianie mówią  o ukłuciu płaszczki, że jest to największy ból jaki można poczuć w Amazonii. W wyniku ukłucia łatwo ponieść śmierć. Podobno jedynym sposobem na ratunek jest zamoczenie ugodzonego miejsca we wrzącej wodzie i trzymaniu go do granic możliwości. Miałem wielkie szczęście! Następny dzień przyniósł nowe, ciekawe przeżycia. Poznałem dużą rodzinę trudniącą się rybołówstwem i zabijaniem kajmanów. Pokazali mi zęby ośmiometrowego kajmana, niedawno ustrzelonego. Były ogromne. Z ciekawości zapytałem czy  mają też jego skórę, gdyż nie słyszałem, aby kiedykolwiek na świecie złapano kajmana tych rozmiarów. Ich odpowiedz była przecząca, lecz potwierdzili posiadanie szkieletu tego osobnika i chcieli mi go pokazać. Popłynęliśmy łodzią do miejsca gdzie spoczywał. Płynęliśmy bocznym kanałem wśród dziewiczej selwy, wszędzie pełno egzotycznych ptaków, wydających niesamowite odgłosy. Wkrótce dotarliśmy do laguny, gdzie kajman został zastrzelony. Rzeczywiście szkielet był ogromny. Straszne w tym wszystkim jest to, iż rybacy nie mieli świadomości jak degradują  tamtejszy ekosystem. Upolowanie przez nich takiego gada przynosi niezły zysk. Sprzedają mięso, szczególnie cenny ogon. Do tego skórę, z której są robione różnego rodzaju wyroby galanteryjne i bardzo wartościowy szkielet. Drogocenna głowa, będąca po spreparowaniu często ozdobą w restauracjach lub niejednym, prywatnym domu. Niestety gatunek ten jest tak przetrzebiony, iż spotkanie tak dużych osobników w naturze graniczy z cudem. Tego samego dnia, pomimo bardzo silnego bólu kręgosłupa i mocno odparzonych stóp, dotarłem do Regueny, największej miejscowości jak dotąd w czasie mojej podróży rzeką. Znowu postanowiłem odpocząć w cywilizowanych warunkach lecząc rany. Na nogach odparzenia przybrały stan zapalny, skóra popękała mi w wielu miejscach i sączyła się z niej limfa, ból okropny. Do tego kręgosłup, który powodował drętwienie lewej nogi. Wiedziałem, że mój stan jest coraz poważniejszy. Zacząłem się zastanawiać co dalej z podróżą. Po krótkim odpoczynku doszedłem do wniosku, że dalsza podróż grozi jakąś poważną infekcją lub co gorsza paraliżem nogi w wyniku uszkodzenia kręgów. Ostatecznie postanowiłem dotrzeć do Iquiaitos i zakończyć wyprawę. Czekały mnie 5 dni drogi, jednakże chciałem je (pomimo kontuzji) dokończyć kajakiem. Przez parę dni podleczyłem rany i ruszyłem w trasę. Po drodze miałem ekstremalną przygodę. Płynąc cały dzień, późnym popołudniem szukałem miejsca na nocleg. Byłem bardzo zmęczony, gdyż od rana przepłynąłem 96 kilometrów. Jak na złość nie było żadnych chałup. W końcu jak zapadał zmierzch, na brzegu zobaczyłem kobietę i mężczyznę machających do mnie. Kamień spadł mi z serca, że będzie bezpieczne spanie. Jednak oni poinformowali mnie, iż do ich domu trzeba przepłynąć około jednego kilometra wąziutkim kanałem znajdującym się tuż obok. W przypadku mojego ogromnego zmęczenia było to dużym wysiłkiem, gdyż woda w kanale płynęła bardzo szybkim nurtem, ja byłem zmuszony pokonywać go pod prąd. Nie miałem innego wyjścia i znowu dziecinnie uwierzyłem w poczucie czasu i odległości tubylców. Okazało się, że strumień miał maksymalnie 3 metry, zarośnięty bagienną roślinnością, a po bokach 10 metrowe klify, tak że nie można było się nigdzie zatrzymać tylko wiosłować na potrójnych obrotach. Na to wszystko, z pobliskiej selwy wyskoczył rój ogromnych much, wielkości naszych szerszeni. Owady zaczęły kąsać mnie niemiłosiernie, przekuwając swoimi żądłami nawet grubą koszulę. Były ich setki, ból był nie do zniesienia i do tego brak możliwości odganiania, ponieważ musiałem wiosłować nieustannie, aby nie zniósł mnie bardzo silny prąd. Na dodatek zrobiło się ciemno, a domu nieznajomych ani widu ani słychu, tylko nieprzenikniona dżungla. Cały czas prowadząc morderczy wyścig pod prąd, nie widząc szans na dotarcie do obozowiska, nieustannie boleśnie żądlony przez krwiożercze owady, postanowiłem wrócić z powrotem do głównego nurtu Amazonki. Niestety powstał kolejny poważny problem. Strumień był za wąski, żeby obrócić kajak. Jedynym co prawda ekstremalnym rozwiązaniem było wskoczenie do bagnistego, zarośniętego kanału i podniesienie kajaku do pozycji prawie pionowej. Biorąc pod uwagę ciężar ładunku, stan mojego kręgosłupa oraz silny prąd wody, która po przestawieniu częściowo w poprzek mojego środka transportu, napierała na niego z taką siłą aż trzeszczał – dokonać chciałem niemożliwego. Tym bardziej, że po skoku w odmęty wody ugrzęzłem po pas w śmierdzącym mule przy kompletnych ciemnościach, które zapadły. W końcu nadludzkim wysiłkiem zrobiłem nawrotkę lecz płynąc już teraz z prądem i po ciemku, byłem zmuszony do skupienia uwagi, aby na zakrętach nie wbić się w brzeg. Groziło to rozbiciem, ponieważ prędkość była znaczna. Po dłuższej chwili i niezmiernym szczęściu powróciłem do głównego nurtu rzeki. Gdy spojrzałem na odległość odmierzaną przez gpsa [7 kilometrów]stwierdziłem, iż na przyszłość muszę weryfikować odległości podawane przez miejscowych. Kompletnie wykończony rozbiłem po omacku obozowisko, tam gdzie wcześniej spotkałem Peruwiańczyków i w gęstwinie dżungli zasnąłem. Kolejne dni, także dawały sporo wrażeń. Następnego noclegu szukałem już wczesnym popołudniem, żeby nie powtórzyć błędu z poprzedniego dnia. Dostałem się do dużej wioski, gdzie wszyscy wyszli na brzeg, aby mnie powitać. To standartowe zachowanie tutejszych ludzi. Zawsze miałem wrażenie, jakby tubylcy czekali akurat na mnie. Nieskromnie powiem, że z wagina kolor skóry i włosów  byłem miejscową atrakcją. Ludzie Amazonii, pomimo swojego ubóstwa mają coś naprawdę cennego – czas. Coś czego my Europejczycy i inni mieszkańcy krajów rozwiniętych, nie posiadamy. Oni, mimo wszystko sprawiają wrażenie ludzi bardzo szczęśliwych. Jak zwykle pomogli mi w rozbijaniu obozowiska. Oczywiście wszyscy to obserwowali, a liczba osób kręcących się wokół wynosiła grubo ponad dwieście. Szczególnie dużo radości sprawiałem dzieciom, które lubiły jak robiłem im zdjęcia i potem  je pokazywałem. Było to dla nich coś zupełnie nowego, czego przedtem nigdy nie widziały. Dla całej wioski byłem zjawiskiem, dlatego patrzyli na wszystkie czynności jakie wykonywałem. Poczynając od mycia w rzece, poprzez robienie sobie kolacji, a kończąc na pisaniu dziennika. Trochę mnie to krępowało, a w szczególności, gdy nadchodził niezłomny czas na inne ważne funkcje życiowe (toaletę:-). Dopiero, gdy zasypiałem zbiegowisko znikało. Jednak gdziekolwiek wcześniej, czy później przybywałem do większych skupisk ludzkich, zachowanie mieszkańców było podobne. Toteż, jeśli była możliwość starałem się rozbijać obozowiska przy pojedynczych domach, gdyż wtedy gospodarze dawali mi trochę więcej intymności. Przedostatniego dnia spływu spotkała mnie miła niespodzianka. Dotarłem do tradycyjnie żyjących Indian Yagua. Ubrani tylko w stroje zrobione z miejscowej odmiany trawy, zasłaniające jedynie części intymne, głowę i ozdobnie w postaci naszyjnika, szyję. Powitali mnie bardzo serdecznie. Mówili tylko w swoim narzeczu. Dali mi postrzelać z prawdziwych dmuchawek, których używają do polowań strzelając zatrutymi strzałkami do małp, ptaków i innych zwierząt. Zdziwiła mnie ogromna prędkość i precyzja lotu wystrzeliwanych pocisków. Potem zatańczyli przede mną przy akompaniamęcie bębnów swój plemienny taniec i umalowali mi rytualnie twarz. Z kontekstu gestów wynikało, iż malowidło na mojej twarzy miało oznaczać, że jestem żonaty i mam potomstwo. Niestety widać, iż tutaj też dotarła cywilizacja, ponieważ gospodarze oprócz polowań rybołówstwa, zajmują się w dużej mierze rękodziełem[rzeźbią maski, wyplatają wisiorki i tworzą wiele innych rzeczy], które potem sprzedają turystom. To wszystko zabija ich prawdziwą tożsamość, jaką kształtowali ich pradziadowie przez wieki. Opuszczając wioskę kupiłem kilka pięknych wyrobów na pamiątkę. Będąc w pobliżu Iquiaitos, ból kręgosłupa dał mi się już tak we znaki, że ostatnie dwadzieścia kilometrów zostałem podholowany przez miejscowego rybaka. Pomógł mi w dotarciu z całym bagażem do hotelu, a że był bardzo biedny[miał ósemkę dzieci] z wdzięczności za pomoc i troskę podarowałem mu kajak, który z końcem mojej podróży miał być przeznaczony od firmy Wayland Folding Kayaks na cele charytatywne. Było mi go trochę szkoda oddawać ,ponieważ w tej podróży był moim drugim domem. Nigdy mnie nie zawiódł, dzielnie znosił potężne sztormy i zderzenia z pływającymi pniami drzew, ale wiem, że trafił pod właściwy adres. W Iquiaitos miałem kilka dni na obserwowanie życia miejskiego w sercu Amazonii. Odwiedziłem największe targowisko w tym regionie, na którym widziałem dziwne, a zarazem bardzo egzotyczne towary sprzedawane przez miejscowych. Oprócz nieznanych mi owoców różnego rodzaju, leczniczych mikstur, robionych z lokalnych roślin, były tu artykuły, które mną wstrząsnęły. Przykładowo, skóry z jaguara lub anakondy, papugi, mięso z arapaimy, różne małpki przetrzymywane w nieludzkich warunkach, czy nawet pisklęta kondora i wiele innych stworzeń. Wszystkie te zwierzęta pod ścisłą ochroną lecz tylko na papierze, ponieważ policja nie wyciąga żadnych konsekwencji od kłusowników. Peruwiańczycy  nie mają świadomości, że tracą coś bezpowrotnie. Rząd nie robi nic, aby wspierać programy ochrony przyrody, choćby informując ludzi, iż natura ich otaczająca jest największym kapitałem tego miejsca i że mądrze rozwijana turystyka ekologiczna może przynieść znacznie większe dochody niż niszczenie tego ekosystemu. Istnieje takie powiedzenie o Peruwiańczyku, że jest żebrakiem siedzącym na tronie ze złota.. Dotyczy to niewykorzystanego potencjału jakim dysponuje ten kraj. Oprócz marnowanych walorów naturalnych, to także niewykorzystanie dobrodziejstw zawartych pod ziemią takich jak ropa, czy złoto występujące tam w dużych ilościach, wydobywane przez zachodnie koncerny, czerpiące lwią część zysków z eksploatacji tych złóż. Ostatniego dnia przed wylotem do Limy udałem się do bardzo ubogiej dzielnicy Belen. Trochę się wzruszyłem, gdy zobaczyłem sześcioletniego chłopca robiącego deskorolkę, ze zwykłej deski i trzech łożysk, chyba od starego motoru. Pomyślałem wtedy o moim synku, który przed moim wyjazdem z Polski pokazywał mi kolegę jeżdżącego na nowoczesnej desce mającej teleskopy i inne bajery techniczne. Prosił mnie, abym kupił mu taką samą, ponieważ jego jest już starym przeżytkiem. Wtedy po raz kolejny zrozumiałem, jak różnią się ich światy, wynikające z miejsca urodzenia, pomimo tych samych potrzeb i chęci zabawy. Lot powrotny do stolicy Peru trwał około półtorej godziny i uświadomił mi, ile trudu zajęło mi przebycie tej drogi, a jak szybko można przy dzisiejszej technice ją pokonać. Do Polski dotarłem z jednodniowym opóźnieniem z powodu śnieżyc panujących w Europie. Podróż do enigmatycznej Amazonii znacznie poszerzyła moje horyzonty i nauczyła mnie szacunku dla potęgi natury, sztuki przetrwania w nie zawsze przyjaznym dla człowieka środowisku. Zobaczyłem rzeczy piękne, wręcz zjawiskowe, niedostępne dla wielu ludzi. Myślę, iż to nie ostatnia przygoda z wiecznie zieloną krainą…

ilustracja

ilustracja

PATRONAT HONOROWY

ilustracja ilustracja

PARTNERZY

ilustracja   ilustracja
ilustracja ilustracja ilustracja

ilustracja

 


„Amazonka ćwierć wieku później..” (informacja sprzed wyprawy)

śladami niewiarygodnego wyczynu Piotra Chmielińskiego, który przepłynął całą Amazonkę od jej źródeł aż do ujścia do Oceanu. Wyprawa ta została uznana przez The New York Times za „jeden z 20 największych wyczynów XX w., porównywalnym ze zdobyciem bieguna północnego, Mount Everestu, czy postawieniu stopy na księżycu”.

Zapraszając Państwa do współudziału w organizacji tego niesamowitego projektu pragnę skierować uwagę świata na jego ginące, naturalne piękno jakim jest las deszczowy.

Moim celem jest przepłynięcie Amazonki od jej rzeki źródlanej Apurimacu, aż do jej ujścia w Belem (ponad 6000 km). Do tej pory udało się to tylko dwóm podróżnikom: Piotrowi Chmielińskiemu i Joe Kane.

Spróbuję pokazać jak wygląda Amazonia po tych 25 latach. Udokumentuję efekt zmian w przyrodzie i wśród ludzi tam żyjących, na który wpływ ma dzisiejsza cywilizacja oraz klimat (susza 2005 – efekt elninjo, wydobycie ropy i złota).

Planowany start wyprawy to 20 października 2010 roku, z miejscowości Luisiana (Peru), przez Jquitos, Manaus, Santarem aż do Belem (Brazylia).

ilustracja

Teren, który odkryję na nowo uchodzi za bardzo trudny i obfitujący w różnego rodzaju niebezpieczeństwa (przemytnicy, wiry wodne, zmienne prądy, węże, pasożyty itp.).
Gwarantuje to z pewnością  nieprzewidywalną przygodę z pogranicza surrealistycznej wyprawy w poszukiwaniu legendarnego, nieodnalezionego miasta Eldorado  w dawno zapomnianym świecie..

Moim marzeniem jest, by słowa wspomnianego wyżej, wybitnego Podróżnika Piotra Chmielińskiego, który był dla mnie inspiracją, cytuję: „ Dla Rafała Kośnika życząc aby znalazł Amazonkę taką jak ja ją zostawiłem, wielką i imponującą na całej długości (…)”, stały się rzeczywistością..

Rafał Kośnik

Ukończył Technikum Rolnicze w Pruszczu Gdańskim. Bardzo lubi wędkarstwo, fotografię i przyrodę. Prowadzi firmę ogrodniczą – projektowanie i zakładanie ogrodów. Jest szczęśliwym mężem i tatą Amadeusza (8 lat) i Vincenta (10 mies.). Żona Sylwia bardzo wspiera go w nietypowych przedsięwzięciach i odważnych pomysłach.

Bardzo dużo podróżuje:
– objechał zachodnią Australię,
– zdobył najwyższy szczyt Jamajki w Górach Błękitnych,
– dwa razy przejechał autostopem całą Europę,
– byłem w wielu parkach narodowych w Tajlandii,
– objechał wschodnią, południową i zachodnią część Brazylii,
– wyczynowo uprawia ju jitsu brazylijskie,
– zajmuję się kajakarstwem (spływy Wierzycą oraz pływanie po jeziorach)

 

PATRONAT HONOROWY

ilustracja ilustracja

PARTNERZY

image_pdfimage_print