Kazimierz Deyna

Przeglądaj

Starogardzianie / People

ilustracja     ilustracja

W tym dziale znajdziecie informacje o aktywnych starogardzianach nie wyłącznie w sile wieku! (publikowane również w dwutygodniku Urzędu Miasta „RATUSZ”)

Here are presented active elderly and young persons, Starogard citizens (short resumes in English below Polish texts are being prepared) – interviews which are also published in Town Hall biweekly

Jednocześnie bardzo będziemy wdzięczni za informacje o tych wszystkich, których działania służą aktywizowaniu osób w wieku 50-ciu lat i starszych, w rozmaitych aspektach życia zawodowego, społecznego, również prywatnego.


WYCINANKA NA SERIO , cz.1

Rozmowa z Bartoszem Grabowskim, który zajmuje się wycinanką kociewską (08.04.2011)

Nierzadko słychać głosy mówiące, że nie ma się w co bawić z tą ludowością, że to takie niedzisiejsze, niepotrzebne, jakaś cepeliada. To niemądre gadanie. Jestem dumny, że w XXI wieku odkrywam nie w Nowych Jorkach czy Paryżach, ale tu, na własnym podwórku, kosmos i wszechświat, w którym jest pełnia. Cieszę się, że wycinam klimaty mojej rodzimej historii.

ilustracja

Co do papieru, to bibuła, wycinam ją nożycami do strzyżenia o wiec. Bibułę można złożyć wielokrotnie, więc powstaje całkiem ciekawa wzorzysta serwetka z grą symetrycznych figur. Co do kociewskich, wycinam nożyczkami do fastrygowania. Albo nożem technicznym. Każde nożyce przyzwyczajają się do ręki i kobiety, na przykład na Kurpiach, mówią, że jedna nie potrafi wycinać nożycami drugiej, tak się przyzwyczajają do nożyc, a nożyce do dłoni – to kwestia wyważenia danego narzędzia, subtelności wagowych, kształtu uchwytu, wreszcie ruchów. Trzeba mieć parę w łapie – na początku trzy tygodnie kciuk mnie bolał. Poza tym zwykły kolorowy blok rysunkowy. I nożyki, używam właściwie wyłącznie Olfy. Pracuję w domu, przy muzyce. Mój warsztat jest w moim pokoju. Słucham w zasadzie różnej muzyki, np. ludowej, Lord Wind. Albo w ciszy zupełnej. Najpierw rozrysowanie; z misternym wycinaniem może coś nie wyjść, dobrze jest między rysunkiem a cięciem odczekać trochę, jak z ciastem. Więc wycinam czasem dwie godziny, czasem dwa dni. A na niektóre wycinanki po prostu musi cię wziąć. Teraz robi się u mnie powoli ciasno. Będę musiał tu trochę poprzestawiać, sam widzisz. Czego się napijesz?

Początki? Wcześniej przewinęło się kilka zespołów muzycznych. Grałem na perkusji. Też trochę rysowałem. Jednak zdałem sobie sprawę, że próbowałem poszukiwać siebie daleko, poszukiwać twórczo, a to, co najbliższe memu sercu, znalazłem w wycinance ludowej. Przypadkiem – mama poprosiła mnie, bym wykonał wycinankę tego typu, jak tu na ścianie, anegdotyczną, scenkę rodzajową. Ale nie chciałbym do niej wracać. Teraz liczy się dla mnie przede wszystkim wycinanka ludowa. Moją inspiracją jest słowiańska przeszłość. Bardzo mnie interesuje – nie tyle może interesuje, to niedobre słowo, bo sytuuje cię z boku, poza – ile wnikam, odkrywam zamierzchłą przeszłość, pierwotną, pogańską. Nawet nie wiem dokładnie, czym ona jest, jak ją nazwać, jednak jest poruszająca. Bardzo. Spuścizna duchowa ta całkiem pradawna. Człowiek nosi ją w sobie i chciałbym ją w wycinance uzewnętrznić. Chciałbym połączyć duchowość prasłowiańską z duchem kociewskim, który jest we mnie. Żeby stworzyć wycinankę o estetyce zupełnie odrębnej, wiążącej elementy pradawne z dzisiejszą estetyką ludową. Mamy na przykład symbole solarne, oparte na krzyżu, swarzyce, podobne do swastyk – jednoramienne były zazwyczaj symbolem słońca, dwuramienne symbolem gromu; dalej: liczne symbole oparte na kole, od czteroszprychowych do ośmiuszprychowych – wszystko to daje rozległe pole do interpretowania, żeby ze znaków, zdobień wyczytać kulturę duchową naszych praprzodków. Trzeba podejścia wielodyscyplinowego: archeologii, etnografii, historii, językoznawstwa diachronicznego. Lecz ponad wszystko intuicji.

ilustracja

„Złota Góra”

Teraz barwy: czerwień, zieleń, ochra są niesamowite w skalach intensywności. Wnosi je kultura, czerwień maków, zieleń mokradeł, chabry niebieskie? Chabrowe? Modre? No właśnie, jaki to kolor, jeśli nie całkiem osobny, ich własny? A tutaj wierzba, ale koloru chabrowego, na tle żółtym, na tle barwy mleczy, rzepaku, w których dźwięczy słońce. Tą żółcią uobecniam światło, które wypełnia wszystko, bez którego nie ma wzrastania i rozpoznania, które zatem jest życiem. Wierzba również jest symbolem życia, witalizmu, odradzania się, jest przecież rośliną bardzo trwałą i żywotną, związana z wodą niebieską i wieloznaczną. Wierzbą dekorujemy święta wielkanocne – najważniejsze święto chrześcijaństwa. Wierzba, obok dębu, pełni w dawnych wierzeniach rolę swoistej osi świata.


ilustracja

Zwykle wycinanka pozostaje jednobarwna. A jednak już kompozycja dwóch barw – wycinanki i tła, ożywia i dramatyzuje całość. Więc już tylko dwiema barwami można w wycinance rozgrywać bardzo wiele treści. Staram się nadać moim pracom jakąś logiczną całość, spoistość, ale pozostawiam je otwartymi, z pewnym niedopowiedzeniem. By wzbudzały ciekawość.

WYCINANKA NA SERIO , cz. 2. (22.04.2011)

Starogard – mieszkam tu od dziecka. Czuję się częścią wspólnoty, częścią grodu, ale zawsze jednak ciągnęło mnie za miasto, do przyrody. W mieście przyrodą jest rzeka. Naszych przodków też utaj trzymała woda, ona warunkowała byt całego miasta. Miasto to rzeka. Nic więcej. Rzeka przynosi mi szczęście, bo w dzieciństwie wrzuciłem ze śluzy grosz. Dlatego.

Odpoczynek daje mi choćby łażenie wzdłuż Wierzycy – całe miasto masz tu jak na dłoni. Stary Gród nad Wierzycą. Zaś ona jest wszędzie w naszym mieście. Jak by była nie tylko archetypem upływu życia, ale archetypem samego miasta. Ale woda nie zastała, lecz żywa, którą można podróżować do końca, do początku. Płynie koło nas, głęboko symboliczna.

Na serio o wycinance? W powszechnym odbiorze wycinanki są tematem zajęć ręcznych w najmłodszych klasach. Poza tym już sama nazwa brzmi zdrobniale, ze względu na końcówkę -ka, jak np. w słowie brzózka. Lecz jak powiedzieć inaczej? Przez stosunkowo wąskie grono odbiorców, powiedzmy melomanów wycinanki, jest ona traktowana jako poważny wytwór sztuki ludowej. Dlaczego? Bo wycinanka jest wielką przygodą opowiadania obrazem. Od wzorów dekoracyjnych, zwykle florystycznych, poprzez całkiem abstrakcyjne, aż po głęboko symboliczne. Jest labiryntem. Wycinana w złożonej kartce, symetryczna, lustrzana, jest jednocześnie zwierciadłem. Wszystkie formy przedstawiane wycinanką czerpią z doświadczenia ludowego, które jest prastare, chyba najbardziej pierwotne wobec wszystkich innych tworów kultury i sztuki. Zwłaszcza kiedy wycinanka nawiązuje do ocalałych pierwocin dawnosłowiańskich.

ilustracja

Wszystko, co ludowe, tkwi w kalendarzu przyrody. A skoro tak, ludowa pierwotność nabiera też bardzo poszukiwanych dziś znaczeń: jest świeża, naturalna, w pewnym stopniu nieuporządkowana, dzika, gwałtowna, nagła, pełna, autentyczna. W ludowości odnaleźć można dawne sposoby obserwowania przyrody, która kiedyś stanowiła dla człowieka zagrożenie w równym stopniu, w jakim dawała mu schronienie (przykład Baby Jagi, która w mitologii prasłowiańskiej jest boginią, najogólniej mówiąc, przyrody – to Baba Jędza, Baba Jadząca, czyli pełna jadu, trująca, związana z chorobą i ziołem – a więc jednocześnie lecząca, która przynosi albo ocala od cierpienia, od śmierci). Mówiąc o ludowości jednocześnie zawsze mówimy o religii. Dawne czasy były dalece inaczej współczesnym zdominowane przez rozmaite lęki, skąd inąd przychodziły zagrożenia i napięcia. Wówczas wycinanki nie były formą jedynie ozdabiania izb, ale odstraszały złe moce, kształtem i kolorem, funkcjonowały trochę jak amulety, jak coś magicznego, co zabezpieczało domostwo, wieszane w oknie, chowane w zakamarkach. Podobnie jak rozmaite znaki, rysunki. Osadzone były i związane z sacrum. Wyrażały emocje i postawy religijne, zachwyt, lęk, tęsknotę, ufność.

ilustracja

Sztuka wycinanki łączącej współczesne wzornictwo ludowe (o ustalonym kanonie, palecie barw) i prasłowiańskie oparta jest na intuicji. Twórca w takiej sytuacji może wydobyć coś więcej, rozbudować znaczenie o prawdopodobny kontekst, trochę jak z trawestacją albo jeszcze lepiej – jak w przypadku apokryfu. Jego wycinanka nie jest przewidywalna, nie oparta wyłącznie na rekapitulacji, nie jest polem definitywnym. Artysta posługuje się intuicją i jest niczym odkrywca. Jest odkrywcą.

Czy wiedza historyczna może być przyczyną poczucia dumy, wiedza o przeszłości własnej, o przeszłości miasta, kraju? Tak. Zawsze tak. Szczególnie w dobie globalizacji, czyli unifikacji, wiedza historyczna, pamięć daje poczucie odrębności. Poczucie odrębności jest wartością samą w sobie – kształtuje tożsamość i sumienie, którego nie ma poza pamięcią. Odrębność jest świeża, pierwsza, prawdziwa, barwna jak ludowość, jak kociwskość. Odrębność pozwala działać i stwarzać. Wobec tego jest bardzo nowoczesna. Ale czym innym jest nowoczesność rozumiana jako zaawansowanie technologiczne, czym innym jako prawdziwość i pełnia. Technologia charakteryzuje przedmioty, prawdziwość – zachowania, postawy. Cieszę się że wycinam klimaty mojej rodzimej historii. Jestem z tego dumny. I jestem nowoczesny! Konsumpcja masowa wmawia, że musimy uczestniczyć w kołowrocie zdarzeń, musi się coś dziać i że potrzeba prędko nowych wrażeń, poruszeń, przeżyć, jednak powierzchowność których odpycha – i staje się najlepszą definicją nudy! Żyję tutaj, teraz, jestem człowiekiem współczesnym. Pochylam się nad wycinanką i mam z czego czerpać pełnymi garściami. W przyszłość patrzę z optymizmem. Jeżeli tworzysz, wtedy żyjesz. Tak jak z uprawą roli. Uprawiasz, więc wzrasta kultura. Tym moim mieczem-nożem uprawiam ogród kartki.

Wiesz, czasem zabieram wykonane wycinanki, idę do lasu i je tam zostawiam. Wracają do siebie, można by powiedzieć. Wycinanki jak latawce. Może i jest to pytanie o czyjeś alter ego. Ale nie zastanawiam się nad tym.

ilustracja

ilustracja

 


KOLEŻEŃSKIE SPOTKANIA

Rozmowa z Markiem Nowakiem, 27-latkiem, współzałożycielem i prowadzącym zajęcia gimnastyki prozdrowotnej dla osób po pięćdziesiątce „KINEZA” (11.03.2011)

Bardzo mnie krzepi i motywuje inwencja starszych. Ich wola działania. Czasami wydaje mi się, że wielu z nich to ludzie ulepieni z innej gliny, po niebywałych przejściach, doświadczeniach – więc jeśli czegoś się podejmują, widać w tym myśl i moc, czego często brak młodym. Pod tym względem starsi są i zawsze będą skarbem  społeczeństwa i również ja uczę się od nich.

Tak, to prawda, aktywizujemy innych. Więc samemu pewnie również trzeba być aktywnym. Nie brzmi to dziwnie: aktywnym młodym człowiekiem? W końcu młodość i aktywność  wydają mi się wręcz tożsame! Lecz teraz powraca przy tym pytanie często zadawane przez młodych: czy warto tutaj wracać? Pochodzę stąd. W Starogardzie jest mój dom, mam tu własne korzenie. Ale trzeba się nieźle napocić, aby się w naszym mieście odnaleźć. Fakt, nigdzie nie jest łatwo… Moi znajomi wracają z Irlandii – i gdyby nie rodzice i miękkie u nich lądowanie, wówczas odnalezienie się w naszej rzeczywistości, gdzie system socjalny jest bardzo słaby, gdzie trudno o pracę, a rynek mało elastyczny, nie jest sprawą prostą. A jednak ludzie, kończąc szkoły w dużych miastach, wracają. Sam wróciłem, choć z powodów prywatnych. Gdybym nie miał lokum tutaj, zostałbym w Trójmieście, gdzie w moim biznesie jest łatwiej.

Starsi angażują się chętnie we wszelkie fizyczne aktywności. Ale w tym miejscu muszę powiedzieć, że wiele osób jest bardzo wyeksploatowana po pracy, zarówno po dniu pracy, jak i przechodząc na emeryturę. Dzisiejsze czasy eksploatują ekstremalnie człowieka. Do nas na zajęcia przede wszystkim chodzą ci, którzy mają świadomość własnego rozwoju fizycznego i dbałości o zdrowie. Są pośród nich zarówno osoby aktywne zawodowo jak i już niepracujący. KINEZA to nasz pomysł. Prowadzimy ją wspólnie z Sylwestrem Miętkim – od 5 roku studiów na AWF-ie, ze specjalizacją kinezygerontoprofilaktyki. Prócz ćwiczeń na małej sali Agro Kociewia oferujemy też aqua aerobik (zajęcia na basenie) oraz wyprawy z kijkami, czyli popularny nordic walking. Zapotrzebowanie mamy coraz większe; są zajęcia przedpołudniowe i popołudniowe. Ranna gimnastyka sprzyja całemu dniu. Z kolei po południu przychodzą ci, którzy od rana są aktywni zawodowo.

Mieszkam tutaj i działam, zależy mi również na naszym mieście. Wyszliśmy z nową inicjatywą i obecnie przygotowujemy na 18 czerwca w Stadzie Ogierów imprezę „Pierwszy Piknik Kociewski”. Wejdzie ona w skład Pucharu Polski Nordic Walking oraz integracyjnego festynu rodzinnego „Familiada”. Wydarzenie będzie miało charakter ogólnopolski. Swoim patronatem objęli je m. in. złoci medaliści igrzysk olimpijskich Leszek Blanik i Adam Korol, Polski Komitet Olimpijski oraz Telewizja Polska. Głównym założeniem jest aktywizacja całych rodzin, popularyzacja aktywnego spędzania czasu, integracja międzypokoleniowa oraz, ogólnie rzecz biorąc, promowanie zdrowego stylu życia.

Nasza gimnastyka 50+ jest gimnastyką prozdrowotną: chodzi nie tylko o rehabilitację, ale o profilaktykę, o zapobieganie chorobom, zwyrodnieniom. Proponujemy zajęcia o małej intensywności ćwiczeń, ale kształtujące mięśnie posturalne, usprawniające koordynację ruchów, gibkość, uelastyczniające mięśnie i utrzymujące organizm w dobrej kondycji psychofizycznej. Uczestnikami zajęć są osoby nawet osiemdziesięcioletnie. Najstarsza z nich, pani Janka, chodzi też do UTW, pani, która mówi do ciebie wierszykiem!

Seniorzy? Bardzo mnie krzepi i motywuje inwencja starszych. Ich wola działania. Czasami wydaje mi się, że wielu z nich to ludzie ulepieni z innej gliny, po niebywałych przejściach, doświadczeniach – więc jeśli czegoś się podejmują, widać w tym myśl i moc, czego często nie mają młodzi. Pod tym względem starsi są i zawsze będą skarbem społeczeństwa
i również ja uczę się od nich. Zresztą wiadomo z różnych badań, że interes otwierany przez starszą osobę dłużej i lepiej funkcjonuje na rynku niż przez świeżo upieczonego absolwenta szkoły.

Seniorzy też socjalizują się po naszych zajęciach, rozmawiają, idą wspólnie na kawę z pączkiem – pomimo smutnego faktu, że większość seniorów jest po prostu ludźmi biednymi, że liczą każdy grosik. A jednak spotykają się i tworzą koleżeńską wspólnotę. Kształtują pewien obyczaj w swoim małym gronie i nie mogą doczekać się kolejnego spotkania. To buduje doskonałą atmosferę – zarówno naszych zajęć, jak przede wszystkim całego dnia.

Informacje związane z gimnastyką 50+ pod telefonem 660-538-825, lub na stronie www.kineza.eu


PEWIEN IDEAŁ

Rozmowa z Krzysztofem Gołąbkiem, 35-latkiem, organizatorem Starogardzkich Spotkań z Podróżnikami (25.02.2011)

Zawsze potrzeba bodźców, które stymulują. Nie można funkcjonować bez krytyki
i oceniania. Starogard aż taki zły nie jest. Ma potencjał. Ważne jest poczucie wspólnoty, uczestniczenia w społeczeństwie obywatelskim.

Spotkania z podróżnikami odbywają się zawsze we wtorki w restauracji Ogródek na Lubichowskiej. Z mojej inicjatywy. Najpierw zapraszałem moich kolegów, bo tak łatwiej zacząć i opanować organizacyjnie – w razie potknięcia czy większej wpadki, nie będzie tyle narzekania. W dzisiejszych czasach restauracja, której oferta kończy się na tym, co masz w menu, nie utrzyma się długo. Trzeba zawalczyć o klienta, zachęcić go, by przyszedł, a najlepiej, żeby wracał – i to regularnie. Więc niektóre restauracje zmieniają się od czasu do czasu w miejsca spotkań, koncertów, prelekcji. Tworzy się namiastka klubu, czegoś innego. Tak jest podczas spotkań z podróżnikami. W kwietniu 2011 miną trzy lata odkąd organizuję spotkania.

ilustracja

Starogard jest często krytykowany przez własnych mieszkańców, tak ogólnie. Również  krytykowałem, ale raz spostrzegłem się, że samemu nic nie robię w kierunku zmiany tej sytuacji – więc postanowiłem coś zrobić. To też jest pewien ideał: dobry obywatel daje, działa we wspólnocie, w której żyje, współtworzy ją. W ten sposób tworzy się równowaga, jak w życiu.

To, z czego jestem dumny, to konsolidacja środowiska podróżników poprzez nasze spotkania. Sam mało jeżdżę.

Pracuję w Regionalnym Ośrodku Psychiatrii Sądowej w szpitalu psychiatrycznym na terenie Kocborowa. Jestem terapeutą, zajmuję się edukacją, wiedzą o społeczeństwie. Pracuję z ponad pięćdziesięcioma osobami i mówię im, jak działa państwo. Muszę zwrócić ich społeczeństwu. Jako jedyny w Starogardzie posiadam certyfikat z seksualności osób niepełnosprawnych intelektualnie. Celem podstawowym jest, by ich nie odrealnić. Więc czasami opowiadam im o podróżach. Podróże kształcą, bo otwierają oczy – inne miejsca, innych ludzi przynoszą z sobą ci, których zapraszam na spotkania jako podróżników. Jeżdżę do pracy rowerem – ze względu na drogę i charaktery kierowców mam do roboty ekstremalny dojazd.

ilustracja

W moim zawodzie trzeba mieć hobby. Taka praca uczy i wymaga pokory, dystansu do dziwnych zachowań. I docenienia tego, co się ma – własną kondycję społeczną, higienę psychiczną – czego przeważnie się nie docenia. Poza tym tak zwana normalność jest rzeczą względną.

Zawsze potrzeba bodźców, które stymulują. Nie można funkcjonować bez krytyki
i oceniania. Starogard aż taki zły nie jest. Ma potencjał. Ważne jest poczucie wspólnoty, uczestniczenia w społeczeństwie obywatelskim. Nigdy biernie, bez przekonania, że można coś zmienić. Starogard zawsze pozostanie moim miastem – miastem rozczarowań i miastem rozwoju. Lokalny patriotyzm może być frazesem, może być inspirujący, może być prowokacyjny.

Plany są zawsze. Zorganizować starogardzką wyprawę na najwyższą górę Ameryki Południowej, opłynąć Horn, zdobyć najwyższy wulkan świata, a może i całą koronę wulkanów…

O Starogardzkich Spotkaniach z Podróżnikami czytaj na  www.wyprawySTG.bloog.pl


CHCĘ W ŻYCIU COŚ ROBIĆ!

Rozmowa z Łukaszem Rocławskim, 32-latkiem, dziennikarzem, współtwórcą serwisu informacyjnego www.24starogard.pl   (11.02.2011)

ilustracja

Nie wiem, czy jestem aktywny. Nie zastanawiałem się nad tym. Po prostu kiedy mam pomysł, działam. Każdego dnia pojawia się wiele zajęć, które staram się i robię z przyjemnością. Tak jak za chwilę będziemy pili kawę:)! W całkiem fajnej restauracji w moim ukochanym Starogardzie! Pewnie, że jestem stąd, starogardzianin. Urodziłem się 30 lipca w szpitalu, podobno o trzeciej nad ranem… Chyba tego nie notujesz? Wiesz, jednak to ja wolałbym zadawać pytania, w końcu to moja profesja. No dobra, na czym stanęło?… Od jedenastu lat jestem prezenterem w Radiu Głos, niekiedy też korespondentem dla radia. Od nie pamiętam kiedy, tak dawno, zajmuję się tańcem towarzyskim, który jest moją pasją. A od marca 2010 roku współtworzę z Krzysiem Łachem nasz multimedialny portal informacyjny 24Starogard.pl – to nasz własny, autorski pomysł, jest w ciągłym tworzeniu i tak już pozostanie, nigdy nie będzie ‘utworzony’ w sensie ‘skończenia, zamknięcia’, ale jest i będzie w ciągłej zmianie, jak prawdziwy serwis informacyjny.

Dziennikarstwo odkryłem jako coś, co chcę robić w życiu. Fascynuje mnie kontakt z ludźmi – bycie pośrednikiem w łączeniu ludzi informacjami. Dobrze się czuję w tej pracy i w jakimś sensie jestem szefem dla siebie samego. Obecnie w portal 24Starogard.pl wkładamy wiele pracy z przekonaniem, że zbudujemy markę solidnego medium rzetelnych i atrakcyjnych informacji, który wpisze się w lokalne potrzeby miasta i regionu Kociewia.

Cenię Starogard, dobrze się w nim czuję. Wiem to, ilekroć jestem poza Starogardem. To moje miasto. Chcę tu mieszkać, żyć, rozwijać się. Więc również coś pożytecznego zrobić dla miasta. Zawsze chwalę się, że jestem ze Starogardu. Starogard na TAK! Ale czy Starogard jest stary? Im więcej słyszę o młodości, tym bardziej zaczynam się jej bać! Kult młodości sam z siebie jest pusty, to ślepa uliczka – mówię to ja, człowiek młody. Bo o co tu chodzi: wieczna impreza?, ciągła konsumpcja nowych uciech? Przecież to takie powierzchowne. Ale ja chcę umieć radzić sobie z chorobą, zmęczeniem, upływem czasu i wieloma innymi niełatwymi sprawami, a tego uczą starsi, dojrzali i doświadczeni. Trzeba umieć albo i chcieć to widzieć. W ogóle takie podziały na starych i młodych są sztuczne. I starość, i młodość to pojęcia względne. Mogą istnieć w tobie jednocześnie. Trzeba być gotowym na człowieka, nie na pewne tylko jego cechy.

ilustracja

Moim konikiem dziennikarskim jest muzyka. Dzienn ikarstwo muzyczne. Tematy, jak pieniądze, leżą na ulicy! Jak możliwości dla fotografa – kwestia postrzegania otoczenia. Czasem z jednej zwykłej rozmowy wynika niespodziewanie kilka interesujących tematów. U nas w mieście brakuje mi dużej imprezy muzycznej, imprezy w typie festiwalu muzycznego, który do Starogardu ściągałby ludzi a w mieście mobilizowałby do działania wokół takiego wydarzenia. Tam, gdzie duża impreza masowa, tam tętni życie. A my tego nie mamy, jednak potencjał jest – i ludzki, i materialny. Takie jest moje zdanie.

Co na emeryturze? Pojęcia nie mam. Jedno jest pewne: będę działał. W moim fachu podeszły wiek nie stanowi przeszkody. Gorzej może być z tańcem. Chciałbym wrócić do tańczenia sportowego, turniejowego. Mamy w mieście Klub Tańca Towarzyskiego IMPULS, działający przy SCK. Żebyś wiedział, jak wiele radości ludzie czerpią z tańca! I tu wracamy do kwestii aktywności. Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co się chce w życiu robić. Cokolwiek to będzie, starać się dążyć do realizacji tego, choćby tylko małymi kroczkami. Nie będą aktywnymi ci, którzy nie wiedzą, czego chcą! Ci, którzy wiedzą, czego chcą, którzy podejmują w tym kierunku wysiłki, ci odpowiadają na różne propozycje, bo są otwarci.


KAWA I KSIĄŻKI NA STARYM MIEŚCIE

Rozmowa z Dawidem Cichockim, 30-latkiem, właścicielem kawiarni Cafe Anka (28.01.2011)

ilustracja

Chciałbym, żeby moja kawiarnia była właśnie miejscem spotkań różnych ludzi. To po pierwsze. No i kawa przy okazji. Taki dobry dodatek, by było przytulnie. O to w końcu chodzi – żeby ludzie z sobą rozmawiali o sprawach ważnych, ciekawych, codziennych.

W lokalu, żeby się kręciło, musi być nie tylko smacznie, ale również interesująco. To znaczy muszą być zmiany, musi się coś dziać. Od czasu do czasu goszczę podróżników, na ścianach prezentują swoje prace lokalni graficy, pasjonaci fotografii.  Brak zmian to stagnacja. Mam też książki – taki pomysł ze studiów. Stwarzają klimat. No i rzeczywiście jest z czego wybrać, można poczytać, zabrać do domu. Jeśli ktoś chce pożyczyć, zostawia inną książkę w zamian. I to się sprawdza, są już stali czytelnicy, choć prowadzę kawiarnię! Nad barem mam część prywatnej biblioteczki. Na początku sporo książek przynieśli również mieszkańcy.

ilustracja

Dlaczego kawiarnia? Pomysł mojej mamy. Cała reszta to już praca moja i żony. Anka – imię naszej córki. Kawiarniany interes jest zupełnym przeciwieństwem mojego wcześniejszego zajęcia, byłem serwisantem komputerowym. Lecz potrzebowałem zwrotu. No pewnie, można się sparzyć na nieznanym, ale można się i nauczyć. Trzeba spróbować – życie jest jedno! Otworzyliśmy dokładnie 22 września 2009 roku, wciąż jest to dla nas  świeży interes i naprawdę bardzo się nim cieszymy.

ilustracja

Mieszkam nad kawiarnią. Czyli prawie w pracy. Ale nie przeszkadza mi to. Dawniej tak było, kupiec mieszkał w kamienicy na górze, schodził na dół do magazynu. Tak było dobrze. Ale wszystko zmiotła wojna i komunizm. Chyba najdotkliwiej widać to po jakości życia społecznego. Powoli odradzają się albo tworzą nowe zwyczaje, lokalna tradycja, klimat miasta. Miasto nabywa tożsamość. Jestem stąd, ze Starogardu. Nie kręcą mnie wojaże, jestem typem Hobbita. Po studiach w Łodzi wróciłem na swoją prowincję, do domu. Zależy mi na tym mieście. Ono ma potencjał, ale jest jakby przygaszone. Ludzie nie wychodzą na zewnątrz, miasto nie żyje spotkaniami mieszkańców. To też kwestia swobody i świeżości w relacjach międzyludzkich. Stary rynek jest wielkim rondem albo parkingiem, pełnym hałasu, kurzu i spalin. Brak otwartego skweru jako miejsca dla ciekawych instalacji, wydarzeń, które inspirują. Brak tu restauracyjnych ogródków. Zniknęło z rynku jedyne ciekawe i otwarte do późna miejsce spotkań z pisarzami – księgarnia Atena o wieloletniej tradycji. Przecież mówimy o sercu miasta! W weekendy miasto pustoszeje a chyba powinno być odwrotnie.

Kiedyś istniała kawiarnia Anka na rogu koło Mateusza, starsi ludzie pamiętają, cieszyła się uznaniem. Kawiarnia pani Borkowskiej. Czasem ktoś zapyta, czy nasza Cafe Anka to w jakimś stopniu kontynuacja tamtej? Odpowiadam, że nie, że to zbieg okoliczności. Oczywiście, jak każdy, kto prowadzi interes, staram się, by wyrobić lokalowi jak najlepszą markę. Ale z inwestowaniem trzeba teraz ostrożnie, wolę się nie wychylać, nie rzucać na głęboką wodę, zwłaszcza jeśli są ograniczone fundusze. Najpierw potrzebna stabilizacja dla tego, co już stworzyliśmy.

ilustracja

Ale nie jest łatwo zgasić moją pozytywną energię. Chciałbym, żeby moja kawiarnia była właśnie miejscem spotkań różnych ludzi. To po pierwsze. No i kawa przy okazji. Taki dobry dodatek, by było przytulnie. O to w końcu chodzi – żeby ludzie z sobą rozmawiali o sprawach ważnych, ciekawych. Życzyłbym sobie, żeby z mojej kawiarni od czasu do czasu wyszedł ktoś z jakimś nowym pomysłem. Przede wszystkim trzeba działać, a kiedy robisz coś z sercem, wszystko się uda i będzie trwałe.


PIERWSZA SZKOŁA: RODZINA.

Rozmowa z Danutą Barszcz, 39-latką, psychoterapeutką. (7.01.2011)

ilustracja

Zastanawiam się, czy Starogard to moje miejsce. Tu mieszkam od 8 lat. Dlaczego warto tu żyć? Powody są różne. Rodzina. Dom. Praca. Przyjaźnie. Dobre miejsce na realizację własnych pomysłów. Od 2009 współtworzę z grupą fachowców Pracownię Psychoterapii i Rozwoju Osobistego. Długo się do tego przygotowywałam.

Moim sukcesem było przekonanie osób, które pomagają w różnych instytucjach naszego miasta, żeby razem podjęły współpracę – i zorganizowały grupę. Jest to miastu potrzebne, pojawiło się oto miejsce pracy różnych specjalistów oferujących bogatą pomoc. Psychiatrzy, psycholodzy, pedagodzy. Psychoterapię zaczyna się wreszcie kojarzyć pozytywnie – z podnoszeniem jakości życia.

Jeśli pojawia się poczucie braku sensu życia, jeśli zauważasz wyłącznie własne utraty, utratę zdrowia, młodości, pracy, dorosłych dzieci odchodzących z domu; jeśli w twoim najbliższym otoczeniu jest ogólne niezadowolenie – wtedy przekłada się to na twoje kontakty zewnętrzne, sąsiedzkie. Brak siły i woli, by wyjść do ludzi. Ostatecznie tak naprawdę najważniejsza jest rodzina, więzi rodzinne. Więzi międzypokoleniowe. Osobom starszym chce się coś robić na polu społecznym, sąsiedzkim wtedy, kiedy kontakty wśród członków rodziny, z najbliższymi są prawidłowe. Kiedy czują, że mają dla kogo żyć. Widzą owoce w postaci swoich dzieci, wnuków. Sensem życia jest przekazywanie siebie, swoich wartości nowemu pokoleniu. To jest cenne. To jest stwarzanie życia w jego wymiarze duchowym i intelektualnym.

Ostatnio odwiedziło Pracownię starsze małżeństwo. Zawsze wydawało mi się, że osoby z kilkoma dziesiątkami lat wspólnego życia wszystko przepracowały, a tu okazało się, że oto chcą przyjść do specjalisty, by w jego obecności uporządkować sobie pewne sprawy. By umieć z sobą rozmawiać. W psychoterapii trudno mierzyć sukces – jak go mierzyć? Skoro ktoś przychodzi, odczuwa potrzebę zmiany czegoś w swoim życiu. Napełnia mnie to wiarą, że moje działania mają sens i niosą pomoc. By pomagać innym, trzeba uporządkować siebie, co jest wymogiem, żeby uprawiać zawód psychoterapeuty. Wówczas praca jest etyczna.

W powszechnym mniemaniu ludzie starzy to osoby o siwych włosach, niedołężne, schorowane. Ale starość wkrada się do naszego życia w inny sposób – kiedy określasz się wobec przemijania. Starość jest rzeczą względną. Dla 15-latka starym jest 25-latek. Ze starością zmagasz się, kiedy wiesz, że coś, co przeminęło, pozostaje już poza twoim zasięgiem. Samoświadomość zbliża nas do starości. Dojrzałość pozwala zachować wobec niej dystans, pozwala działać pomimo doświadczanych utrat i ograniczeń. Starość to świadomość nieprzekraczalnych granic w swoim życiu. To akceptacja przemijania, uznania, że jest początek i koniec. Każdy musi umieć uznać swój los po to, by właśnie nie być bezsilnym, by nie być biernym. To bardzo trudne i wymaga pokory. Bo czyż zaprzeczanie obrotowi spraw nie jest często okłamywaniem siebie? Psychoterapia porządkuje emocje po to, by życie stawało się bardziej znośne, bardziej pełne.

ilustracja

W sposób oczywisty pierwsze skojarzenie ze słowem rodzina: miłość. Podkreślam bezcenną wagę rodziny jako korzenia i fundamentu. Wewnętrzna bliskość członków rodziny jest pierwszą szkołą mądrej i dobrej komunikacji międzypokoleniowej. Także z tymi, którzy umarli, ale którzy żyją w naszej pamięci dzięki temu, czym nas obdarzyli. I to też nasze korzenie. Zagrożeniem rodziny i całego społeczeństwa jest budowanie międzyludzkiego dystansu, nieufności, odcinanie się od ludzi, budowanie granic. Może to rozbić rodzinę. Patrzenie tylko na siebie. Egocentryzm. Zachowania narcystyczne. Wszystko to nie pozwala dostrzec innych – liczą się tylko moje potrzeby, nie potrzeby innych. To może rozbić nawet solidny fundament rodzinny. Skierowanie troski tylko na siebie przekłada się na złe funkcjonowanie w pracy, na nietrwałość naszych przyjaźni. Brak otwarcia oczu na innych i dla innych. A przecież to, co najciekawsze, przychodzi w życiu z drugim człowiekiem.

Pracownia Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Starogardzie Gd., ul. Chojnicka 23/3, tel.: 608 738 837. www.psychoterapia.stg.pl


MÓWIMY O SPRAWACH TRUDNYCH

Rozmowa z Barbarą Jonatowską, wiceprezesem Klubu Kobiet „Amazonka” w Starogardzie, przewodniczącą Społecznej Rady do Spraw Osób Niepełnosprawnych. (grudzień 2010)

ilustracja

Część I

Kiedy w roku 1972 wyszłam za mąż, wyjechałam ze Starogardu. Mieszkałam w Elblągu, przez 20 lat w Ostródzie. Zawsze miałam ciągotki, by na emeryturze wrócić na Kociewie, do korzeni. W końcu urodziłam się w Starogardzie. W 2004 przyjechałam na grób ojca i będąc u mamy rzuciłam okiem na prasowe ogłoszenia o sprzedaży nieruchomości. W ogóle nie wiedziałam, gdzie te Lipinki Królewskie. Była jesień, ponuro. Nie znam się na chałupach. Zobaczyłam starą, walącą się budę. Ale spodobało mi się otoczenie. Po powrocie do domu miałam dwa dni i sama podjęłam decyzję. Zdecydowałam się, przekazałam zadatek. Po tygodniu odważyłam się powiedzieć o całej sprawie mężowi – zaniemówił! No i powiedział, że zgłupiałam, że on siebie w takim otoczeniu nie widzi. Przyjechaliśmy tutaj, był wciąż na ‚nie’. Poprosiłam przyjaciółkę, która w dziedzinie budownictwa była, jak to się mówi, bardziej kumata, i pomogła mi dobić targu. Tu, gdzie teraz patrzymy, w ogóle wszystko było wyższe, nasyp ziemny okazał się śmieciowiskiem, w ogrodzie zakopane stare dywany, na podwórku rozwalający się szałerek, z drugiej strony lej jak po bombie… W drewnianej podłodze parteru dziury do kolan. Nie działały piece kaflowe. Jednym słowem całość wyglądała strasznie. Teraz mogę powiedzieć, że tej chałupy bym nie kupiła, gdybym wiedziała, ile tu włożę pieniędzy. Prędzej wybudowałabym nową.

Ale, widzi pan, moi przodkowie, okazało się, z tych stron pochodzą, z Wysokiej – a nic o tym wcześniej nie wiedziałem. Więc kto wie, może podświadomie wyczuwa się pewne sprawy i człowiek zmierza w ich kierunku. Zainteresowałam się tym i po niejakim czasie pracy odnajdywałam wstecz kolejne pokolenia mojej rodziny aż po XVII wiek.

Mieszkam tu od 2004, kiedy odeszłam na emeryturę. Ale nie wyobrażam sobie powrotu do bloku. Od 1995 r. jestem amazonką. Wcześniej nie należałam do klubu amazonek: miałam pracę, miałam dzieci, poza tym w Ostródzie nie było amazonek, trzeba było jechać do Olsztyna, a to już jednak wyprawa. Postanowiłam, po sprowadzeniu się do Starogardu, odnaleźć amazonki. Zadzwoniłam do szpitala, szukałam i w końcu znalazłam adres klubu. Poszłam na spotkanie we wrześniu, ale w listopadzie miałam poważny wypadek komunikacyjny, więc z amazonkami się urwało. Byłam tydzień w śpiączce farmakologicznej z poważnym urazem głowy. Niczego nie pamiętam. Uszkodzenie nerwu wzrokowego, złamanie żuchwy, byłam drutowana, długo jeździłam na wózku. Potem wróciłam do amazonek. W 2006 r wybrano mnie na wiceprezesa klubu. Klub jako samodzielna organizacja działa od ponad 11 lat, wcześniej podlegaliśmy pod Gdańsk.

Bycie aktywną? Jeśli już się czegoś podejmuję, doprowadzam do końca, terminowo i rzetelnie. Najgorsza jest niesłowność. Pragnęłam coś robić pośród kobiet takich jak ja. Dla integracji, wzajemnej pomocy i zrozumienia, co jest kwestią pewnej wspólnoty doświadczeń i przeżyć. Poza tym trzeba przecież coś robić na emeryturze. Zawsze byłam biegającą, aktywną kobietą.  Wiele wydarzyło się u mnie po pięćdziesiątce, również studia.  Magisterkę robiłam na emeryturze, dla przyjemności. Resocjalizację i pedagogikę. Otrzymałam stypendium naukowe za osiągnięcia na studiach. Nawet mój szef dziwił się, że skoro jestem w przededniu emerytury, po co idę na studia, że to bez sensu. Ale myślę, że działałam po to, by udowodnić sobie samej, że, mając swój wiek, mogę osiągnąć coś, co przypisane jest przeważnie młodym. Z drugiej strony 50 lat to żaden wiek, nigdy też nie miałam niskiej samooceny. Niezależnie od wieku, człowiek może osiągnąć wszystko, co realnie sobie założy.

Co proponują amazonki? W klubie jest możliwość rozmawiania o trudnych sprawach związanych z naszą chorobą, otrzymania wsparcia, informacji o nowych lekach, pożartowania i tak po prostu pogadania. Dwa, trzy razy do roku mamy spotkania z onkologiem, z psychologiem na tematy, jak się zachowywać, jak radzić sobie po operacji, jak wesprzeć innych oraz ich rodziny, jakie robić badania. Są zajęcia rehabilitacyjne, masaż limfatyczny, gimnastyka, również basen, jesteśmy osobami nie w pełni sprawnymi, ze względu na usunięcie węzłów, osłabienie ręki. Organizujemy zabawy, nie tylko w karnawale, wyjazdy rekreacyjne w plener, spotkania opłatkowe. W szkołach mamy spotkania z młodzieżą, uczymy samobadania piersi, zachęcamy do mammografii, badań ginekologicznych. Na te spotkania przychodzą nawet chłopcy. Zresztą niestety coraz więcej mężczyzn zapada na raka piersi.

Część II

ilustracja

Klub zrzesza ponad pięćdziesiąt osób. Jest pewna rotacja członków, pojawiają się nowe kobiety, niektóre umierają, ze względu na rozwój choroby. Najstarsza amazonka jest 25 lat po operacji. Tak, wszystko sprowadzamy do tego, ile żyjemy po operacji. Dawniej mówiło się że jeśli przeżyłaś pięć lat to możesz być spokojna, choroba nie wróci. Dziś jest już niestety inaczej. Zawsze korzystniejsze jest nowe zachorowanie, niż przerzut. Ale to
i tak bardzo niepokojące, wiele kobiet z tego powodu ma bardzo kiepskie samopoczucie psychiczne, potrzebują wsparcia zarówno one, jak też ich rodziny.

Jedni dają sobie radę, inni nie dają rady w ogóle. Pierś jest atrybutem kobiecości. Jeśli człowiek postrzega siebie poprzez atrybuty swojego ciała, nigdy nie da sobie rady. Oczywiście, że człowiek istnieje poprzez ciało, ale przecież ciało ulega wielu zmianom z upływem czasu, zmianom raczej degeneracyjnym, słabnie, wyniszcza się, upada, kruszeje. Zaś duchowość oraz intelekt odwrotnie, niezależnie od słabości cielesnych, rozwijają się i bogacą. Gdyby na przykład mężczyzna miał obiekcje wobec mnie ze względu na to, że choroba pozbawiła mnie piersi, powiedziałabym mu, by zabierał manatki, że szkoda mi spędzonego z nim czasu. I dlatego może nigdy nie zdecydowałam się na rekonstrukcję, co zresztą wiąże się z kolejną operacją, a każda operacja wiąże się z ryzykiem. Pokazujemy, jak z chorobą walczyć, że choroba nie przekreśla człowieka, że będąc chorym, można działać, żyć. Oczywiście niełatwo zdobyć się na świadomy dystans do ciężkiej choroby. Moja koleżanka miała z tym kłopoty, po powrocie ze szpitala pozdejmowała w domu wszystkie lustra, przez rok nie mogła na siebie patrzeć. Dużo małżeństw rozlatuje się przez to. Przez brak wzajemnej akceptacji. Szczególnie młodsze małżeństwa. To dowodzi też uprzedmiotowienia człowieka. Zredukowania go przede wszystkim do ciała, postrzegania go głównie cieleśnie. Również wiele kobiet pozbawionych piersi uważa siebie za mniej wartościowe.

Czy poprzez związanie się z klubem jest się społecznie naznaczonym? Możliwe, że pojawia się jakaś etykieta społeczna i niektórzy z tego powodu, albo z wielu innych nie łączą się z klubem.  Nie przychodzą, bo chcą się odciąć od choroby. Stało się – i koniec. Z jednej strony to jest dobre. Dużo kobiet po prostu nie chce z tym żyć. Może więc i ja tak długo się nie zapisywałam, nie miałam takiej potrzeby, może wolałam o tym nie myśleć. Ale o tym nigdy nie przestanie się myśleć. Skoro odczuwam potrzebę mówienia o tym wszystkim, być może nie uwolniłam się jeszcze od tego. Nie wiem, czy to kiedyś nastąpi. To prawda, nowotwór jest jakimś wyrokiem, w każdej chwili może się ponownie pojawić. Jeśli przychodzi złe samopoczucie, cokolwiek, najpierw zastanawiasz się, czy to powrót choroby. Żyjesz w ciągłej niepewności. Bo choć na co dzień funkcjonujemy normalnie, w każdej z nas gdzieś kryje się lęk przed chorobą, cierpieniem. Przed śmiercią. Nawet jeśli nie każda kobieta, jednak zdecydowana większość z nas doświadcza takich obaw.

Trudno mi formułować jakąś radę, bo rada ogólna może zabrzmieć banalnie, jałowo. W takiej sytuacji każdy wymaga indywidualnego podejścia. Sądzę, że dzielenie się własnym doświadczeniem, spostrzeżeniami również może stanowić formę wsparcia. Będąc w tarapatach, nigdy nie zamykam się w sobie, szukam kontaktu z ludźmi o podobnych doświadczeniach. Wówczas, kiedy jest całkiem ciemno, pojawia się światło, ciepło. Powraca wola życia. Jadąc kiedyś autobusem, mówię do moich koleżanek, że w pewnym sensie cieszę się, że zostałam amazonką, ponieważ poznałam je, poznałam tyle wartościowych kobiet. Nigdy nie miałabym okazji ich spotkać. Cieszę się z obecności w klubie – mogę pomagać innym a tym samym i sobie. We wszystkim tkwi ziarno dobra. To, co wcześniej mało istotne, nagle staje się najważniejsze. Wcześniej na wiele rzeczy nie miałam czasu, wciąż biegając. Potem nagle chodzisz o kulach – i zauważasz innych. Inaczej rozumiesz bieg czasu, znaczenie słowa ‚pomoc’. Otwierają się tobie oczy i naraz widzisz świat całkiem od nowa, jakby zdarzył się cud. Wszystko, co robisz potem, jest bardziej intensywne, nasycone, bardziej pełne. Inaczej rozmawiasz z ludźmi. A choćby znów pojawiło się mnóstwo spraw pilnych na głowie, zawsze masz czas na rozmowę, na prawdziwą, szczerą rozmowę.

Klub Kobiet „Amazonka” ul. Mickiewicza 9, prezes Regina Dunder 608 135 628, 887 388 875, wiceprezes Barbara Jonatowska 512 168 978, szefowa wolontariuszek: Stefania Mach: 505 321 663.


NASZE SZKŁO MA W SOBIE ŚWIATŁO

Rozmowa z hutnikami starogardzkiej pracowni szkła „Wiktoria” przy ul. Hallera 19a. (listopad 2010)

ilustracja

Od lewej: Arkadiusz, Józef, Zdzisław.

Część I.

JÓZEF, mistrz hutnictwa, 56 lat.

W fachu hutnika szkła robię 41 lat; i w kraju, i za granicą zdobywałem szlify. Trudno się dzisiaj utrzymać, teraz przemysł, rynek wybiera produkty niskiej jakości, niż dobry produkt z dobrego szkła. Zalewa nas tandeta z Chin. Ginie rzemiosło. Na Zachodzie jednak lepiej dba się o rzemiosło, wspiera rękodzieło artystyczne, kultywuje i pielęgnuje rękodzieło oraz związaną z nim tradycję. Rękodzieło wymaga głębszego zaangażowania w pracę, co podnosi też samą kulturę pracy. Dlatego rękodzielnictwo kształtuje też lokalną kulturę społeczną, podnosi wartość dobra, jakim jest praca, buduje szacunek dla człowieka – zarówno tego, kto rękodzieło tworzy, jak i tego, kto rękodzieło nabywa. I również dlatego rękodzieło w dzisiejszych czasach niełatwych wymaga pilnego wsparcia. Wytwórstwo artystyczne zawsze będzie niskonakładowe i droższe – ale za to jakościowo najlepsze, o nieporównywalnych z masową produkcją walorach estetycznych, które są niepowtarzalne, które zachęcają i wymagają innego podejścia, użytkowania, eksploatacji. Bo prócz walorów czysto użytkowych, rękodzieło artystyczne ma duszę, tak jak nasze szkło ma w sobie światło. Nad każdym detalem pochyla się konkretny człowiek i w danej chwili nadaje mu konkretny kształt, barwę. Porównałbym rękodzieło do muzyki na żywo; nie jest ważne, kto czego słucha, muzyka grana na żywo zawsze jest cenniejsza, niż odtworzona.

ilustracja

Wygaszanie pieca trwa cztery dni. Rozpalanie pieca również. Jeśli już ruszamy z robotą to musi być ciągła produkcja. Kończymy wczesnym popołudniem, ok. 14.00, pracując od rana, od 7.00, bo dłużej rzeczywiście trudno wytrzymać, za duża gorączka.

To jest szybka robota, czasami tworzenie kształtu jest kwestią sekund, szkło stygnie na tyle szybko, że trudno przykleić do jego powierzchni inny szklany element, zaczyna pękać. Musi mieć temperaturę ok. 600 st. C. Dlatego z zewnątrz patrząc może to wyglądać, że się spieramy czy kłócimy, a to po prostu konieczne dawanie znaku, że teraz z tym czy z tym trzeba się pospieszyć. Jest nas trzech i rozdzielamy przy wytwarzaniu danego przedmiotu tak robotę, by całość robić możliwie krótko. Inaczej kilkuminutowe wysiłki mogą przy samym końcu pęknąć w nieodpowiednim miejscu i cała forma, cała bryła jest do wyrzucenia. Nie wszystko można ponownie włożyć do pieca i przetopić, ponieważ cały gotowy przedmiot jest zwykle wielobarwną kompozycją – wieloetapowy proces barwienia plastycznego szkła, łączenia kilku szklanych elementów o różnych kolorach w jeden produkt o jednej złożonej formie, jak figury postaci, wazony, kwiaty, zwierzęta. Więc taki gotowy produkt gdyby trafił do pieca, zabrudziłby wieleset kilogramów czystego szkła. Trzeba być dokładnym i szybkim w tej pracy.

ilustracja

Wykonujemy rozmaite produkty. Nawet każdy produkt jednego tematu, jak ten sam owoc czy naczynie, nigdy nie będą identyczne – ponieważ to, co robimy, jest rękodziełem i w tym tkwi również wielka wartość naszych produktów, że są niepowtarzalne. To, co robimy, jest produktem artystycznym. Trudno powiedzieć, gdzie kończy się rzemiosło a rozpoczyna artyzm. W zasadzie nie ma artyzmu bez rzemiosła. U podstaw wszystkiego leży przede wszystkim rzemiosło, lata praktyki nad doskonaleniem warsztatu. Nasze produkty, do kupienia choćby na miejscu, w hucie, mają walory artystyczne – w barwie szkła, w kształcie, w charakterze końcowym. Dodatkowo podejmujemy się realizacji nietypowych zleceń, współpracujemy również z pracowniami kowalstwa, z bursztynnikami, z plastykami. Prócz wykonawstwa również projektujemy, doradzamy.

ilustracja

Szkło? Wie pan, chyba nie potrafię powiedzieć, czym jest szkło. Czy to nie dziwne, skoro zajmuję się jego wytwarzaniem i przetwarzaniem niemal pół wieku? Skoro obaj ze Zdzisławem mamy od bez mała półwiecza kontakt z tym rzemiosłem? Oczywiście skład chemiczny szkła znam, ale pytanie o szkło zawiera w sobie pytanie o produkt końcowy, jaki ze szkła powstanie. Jest w nim pomysł, forma, kształt, wysiłek przy gorącym piecu i ukryte światło, doświadczenie przemiany kształtów za sprawą ludzkich rąk i intelektu. Szkło ma coś z magii. Co innego wsypujesz do pieca, co innego wylewasz z pieca. Technologia pracy w szkle ma 5 tysięcy lat historii. Kiedy weźmie się to pod uwagę, fakt, że szklane rękodzieło to ginący zawód, jest bardzo smutny. Choć, kto wie, może się mylę…

Część II.

ilustracja

ZDZISŁAW, 57 lat

Pracuję w tym fachu jako hutnik szkła ponad trzydzieści lat. Nasz młody kolega jest z nami już sześć lat. Najpierw był jako uczeń i spodobało mu się. Lubi to. Niektórzy, a było wielu uczniów, uciekali już po dwóch dniach. Nie wytrzymywali, mówili że za ciepło. Bo jest ciepło, przecież to praca w hucie, nie w chłodni! Jednak można się przyzwyczaić. Ale z drugiej strony nie jest łatwo, więc do tego fachu trzeba nie tylko smykałki ale i miłości. To nie robota na akord.

Nuda? Gdzie tam. No, może tylko, kiedy mamy rozpalanie pieca, bo trwa to cztery dni. Trzeba wtedy wokół pieca chodzić, pilnować go jak lokomotywę, czy wszystko gra. A to nie te ruchy, których potrzebujemy – czekamy więc cztery dni, aż będzie można wreszcie zaczerpnąć i robić w szkle.

JÓZEF

Tak samo, jak z trudem przychodzi od razu powiedzieć, czym jest szkło, tak trudno powiedzieć, jaki jest nasz fach, co niezbędne do tego zawodu, czy zdolności, czy charakter. Po prostu trzeba mieć to coś – zwłaszcza jeśli mówimy o robocie bez form, o takiej robocie, jaką tutaj wykonujemy. To, co chce się ze szkła wykonać, trzeba widzieć, zanim zaczerpnie się z pieca plastyczną, jasną kulę gorącego materiału. Zanim zaczniesz, już to widzisz, znasz kształt przedmiotu, który stworzysz. U mnie różni już terminowali. Od sześciu lat jest z nami Arek – on właśnie ma to coś, co w tym fachu mieć trzeba. I ma też cechę, dzięki której jest lepszy ode mnie – ma więcej cierpliwości. Jest też bardzo dokładny, stara się wykonywać co do kreski. A ja jestem cholerykiem. Chociaż chyba nie mogło być inaczej w miejscu, które pulsuje gorączką żaru.

ARKADIUSZ, 29 lat

ilustracja

Dla mnie to nietypowa praca i pochłania mnie zupełnie. I daje mi wielką satysfakcję.  Gdzie indziej w Polsce takiej pracy bym nie znalazł. Poza tym Starogard zawsze mi odpowiadał.

Szkło jest piękne. Dzięki światłu, jakie ma w sobie. Kiedy przyszedłem pierwszy raz do huty, szukając pracy, bo wcześniej nie miałem żadnej styczności z hutnictwem, byłem oszołomiony. Oszołomiony tym, jak dziwne kształty, formy, wywieść można ze szkła, które trzyma w sobie tyle światła. Trafiłem tu przypadkiem. Szukałem pracy, zaszedłem, jak zachodziłem do wielu innych miejsc. Akurat załapałem się na remont, więc właściwie nie wszedłem od razu w gorączkę. Po trzech, czterech latach pracy piec trzeba rozebrać i zbudować od nowa, co zajmuje miesiąc czasu. Więc zacząłem od budowy pieca.

Kiedy zbyt długo jestem poza pracą, zwyczajnie tęsknię do huty. Moim hobby, nawet pasją są książki, ale najbardziej huta, praca przy szkle. Pracujemy od 7.00 do zasypania pieca przed 14.00. Przydaje się zręczność, ciągle myśleć i kontrolować trzeba metodę wytwarzania, robotę, no i pilnować temperaturę, ostrożnie z temperaturą. Ciekawi mnie również wymyślanie wzorów, kształtów, sami je tworzymy, dobieramy i łączymy barwy, opracowujemy kolejność robót. Choć ten rok był słabym rokiem. Ceramika? Nie, ceramika jest wolniejszą pracą, pracuje się w glinie, więc też wydaje mi się łatwiejszą. Szkło to szybka praca. Piękna. Bardzo.


JESZCZE JEST ROBOTA DLA STARSZEGO

Rozmowa z panem Adamem Sosinką, mistrzem kominiarskim (październik 2010)

ilustracja

Pochodzę z rodziny kominiarskiej. Mój ojciec, który na Pomorze przybył ze Śląska, prowadził działalność usługową kominiarską jeszcze przed wojną i po wojnie. Miał koncesję na całą gminę starogardzką. Teraz mój syn robi kurs kominiarski, razem pracujemy. Kiedy ja miałem 12 lat, zaczynałem pomagać ojcu przy piecach. Widzi pan, zdun nie wyczyści pieca, który postawił, zwłaszcza, kiedy brak wyczystki – potrzeba kominiarza.

Jestem kominiarzem, który łączy dwa pokolenia, mówiąc nie tylko żartobliwie. Po pierwsze przesiadłem się z roweru na motorower. Przyzwyczaiłem się do wożenia tyłka motorkiem, tak że jeśli zepsuty, trudno mi przesiąść się z powrotem na rower. Po drugie sprzęt: ekwipunek kominiarza nie był wcale lekki. Kiedyś nosiło się żelazo, łyżkę… Co to takiego to żelazo? To bryła żeliwa w kształcie półksiężyca, po której w kominy z bocznym wylotem spuszczano linkę, by się nie rwała o krawędzie muru. Dalej: łyżka kominiarska do wybierania sadzy, miała do 120 centymetrów, składana, pozwalała sięgać przez piec do komina i wybierać sadzę. Poza tym klucze do różnych drzwiczek, wyłazów dachowych, chustę na twarz. Dzisiaj zwyczajowo linka i przepychacz wystarczą

Cała moja rodzina mieszka w Starogardzie. Moje dzieci, wnuki. Chciałbym, żeby tak zostało. Mój syn również. Ale, wie pan, za chlebem człowiek pójdzie wszędzie. Za młodu pociągało mnie duże miasto, więc próbowałem się zatrzymać np. w Trójmieście, w Warszawie na Żoliborzu. Wytrzymałem krótko, pół roku i zwijałem manatki. Inne miasta były piękne, piękne okolice, a jednak Starogard jest moim miejscem. Odpowiada mi klimat życia tego miejsca, ludzie w nim żyjący, dobrze się tutaj czuję.

ilustracja

Jaki jest ten mój kominiarski fach? Myślę, że każdy indywidualnie znajduje w tym, co robi, coś ciekawego – dlatego robi to z przekonaniem. Dla mnie istotne jest to, że jestem w ciągłym ruchu, w ciągłym kontakcie z różnymi ludźmi, od bezrobotnego, po dyrektora zakładu. Z każdym muszę rozmawiać, każdy przecież ma piec. Jestem rzemieślnikiem, świadczę usługi, więc też jestem usłużny – to bardzo ważne, by być pomocnym i uprzejmym. Kultura kontaktów z ludźmi to jest też właśnie ten klimat życia, o którym już mówiłem. Trzeba go budować i dbać o niego również samemu. Natomiast finansowo to kiedyś wychodziło się lepiej. Mój ojciec pobudował mi dom. Ja, niestety, nie jestem w stanie dać tego samego moim dzieciom. Choć nie narzekam. Poza tym, jak widać, praca jak w kopalni. Ogólnie powiedziawszy, zajmuję się oczyszczaniem powietrza – świadomość tego daje satysfakcję, zwłaszcza, że robię to dobrze. Znam się na rzeczy. Bo nie chodzi tylko o kominy, ale w ogóle o przepływ i wymianę powietrza, wentylowanie mieszkań, z czym jest, łagodnie mówiąc, nienajlepiej. Ale podczas pracy człowiek jest zawsze sam i sam za siebie odpowiada.

Nie wiem, czy pan pamięta, kiedyś, gdy kominiarz wchodził na budynek, najpierw trzeba było budynek obwołać. Po prostu krzyknąć na korytarzach „Kominiarz! Kominiarz!”. Po to, żeby mieszkańcy uchylili okna, zasłonili wentylację, bo może się kurzyć, zejść sadza. Lecz jeden jedyny raz zaniechałem obwołania. No i w jednym mieszkaniu wytrułem 21 kanarków. Wepchnąłem czad i padła facetowi hodowla – no i trzeba było za kanarki zapłacić. Całe szczęście zrobiła to spółdzielnia. Ale moje obwołanie i tak by nic nie dało, bo faceta nie było w domu.

ilustracja

Do dużych przemysłowych kominów wchodzi się podziemnym korytarzem. Czyszczenie takich kominów odbywa się od środka, również naprawy są bardziej niebezpieczne. Kiedyś, podczas remontu pewnej przegrody w korytarzu dolotowym zasypały mnie cegły. Szczęście w nieszczęściu, że obok był otwór w ścianie, którym koledzy w końcu mnie wyciągnęli. Całe ciało miałem bardzo podrapane. Obecnie zawód kominiarza staje się coraz bardziej niebezpieczny, choć mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie. Dzieje się tak ze względu na pozorne oszczędności i zaniedbania. Naprawdę rzadko który dom ma dobą drogę kominową na dach, przeważnie ogranicza się ilość montowanych stopni na skosach dachu, zapomina się o drabinkach, powszechnie brak ław kominiarskich… A jeśli dach ma skosy, na czym może pewnie stanąć kominiarz? Teraz kominiarz zarabia wtedy, kiedy nic nie widzi. Przewrócili świat do góry nogami, mówiąc, że dają wolność! Poza tym dachy, jak wszystko, starzeją się i wymagają remontów, a to osobny temat. Mój ojciec złamał nogę na źle zrobionym dachu. Poważne złamanie. Po tym wypadku nie mógł już pracować jako kominiarz, odesłano go na rentę. Pamiętam, jak na początku chodził po domu, z kąta w kąt. Potem zaczął zielarstwo, ogrodnictwo. Szukał dla siebie zajęcia, bo był przedsiębiorczy, ale ciężko mu było. Mnie też byłoby ciężko, tak myślę. Chciałbym być kominiarzem do śmierci, jeśli nie przypęta się jakaś choroba… Jeszcze jest robota dla starszego. A choć technika przynosi gruntowne zmiany, jednak kominiarstwo nie zaniknie.

ilustracja


Patriotyzm to rzetelność.

Rozmowa z panem Ryszardem Sadowskim, 76-latkiem, starogardzkim przedsiębiorcą, właścicielem firmy „Sadmet”. (17.09.2010)

ilustracja

Czy mam smykałkę do interesów? Trudno powiedzieć. Tak jakoś to urosło. Kiedy przeszedłem na emeryturę, założyłem własną firmę, ponieważ postanowiłem dalej pracować, kontynuować to, czym zajmowałem się dotąd. Wie pan, cała moja dotychczasowa praca, moje doświadczenie zdobywałem jako konstruktor, szef produkcji, jako zastępca dyrektora, wreszcie jako dyrektor, m. in. przygotowując kalkulacje, negocjując z wykonawcami, szukając nowych kontrahentów i rynków zbytu, by zapewnić ciągłość produkcji, wypłaty dla pracowników, rozwój przedsiębiorstwa. I to mi zostało. Natomiast wiedziałem, że będę się źle czuł, nic nie robiąc. Moje obecne zaangażowanie  jest oczywiście dużo mniejsze, powiedzmy dziesięć procent tego, jakie było przed emeryturą. Nie wyobrażam sobie teraz prowadzenia tak dużej firmy, jak wcześniej. To trzeba wyraźnie powiedzieć: owszem, aktywność, ale na zwolnionych obrotach. Musiałem stopniowo schodzić z mojej wcześniejszej wysokiej aktywności w pracy, bo jednak miałem ok. 160 ludzi pod sobą. Ale pomyślałem sobie, że przecież dobrze się czuję, mam atuty w postaci kontaktów handlowych, spore doświadczenie. Utworzyłem więc firmę, poszukałem inne firmy, które zgodziły się u mnie zamawiać, znalazłem dostawców, zaprojektowałem i wykonałem oprzyrządowanie we własnym zakresie – i wypaliło – i tak to się już jedenasty rok kręci. Produkuję elementy meblowe. Jako inżynier przygotowuję pełną dokumentację oprzyrządowania, wykonuję prototypy, które po sprawdzeniu przekazuję do produkcji. Przyrządy muszą zapewniać powtarzalność produkcji, pierwszy i tysięczny element muszą być identyczne.

ilustracja

Ale powiem jeszcze o jednym aspekcie, który mnie, jako Polaka, skłania do pozostawania aktywnym zawodowo. Sporo podróżowałem do kontrahentów w kraju i za granicą i to, co liczy się przede wszystkim, to dobra opinia o polskim przedsiębiorcy. Dobrą opinię utrwala się wówczas, kiedy ceni się i wspiera rzetelną, uczciwą pracę. To, co robię, robię dobrze. W naszym powiecie daję kilku osobom stałe zatrudnienie. Zużywamy w produkcji polskie surowce, stal z polskich hut, korzystamy z polskich firm transportowych. Za granicą montują nasze podzespoły i cenią ich niezawodność Wszystko to składa się na budowanie dobrej kultury pracy. I jest też formą patriotyzmu.

ilustracja

Myślę, że ci wszyscy , którzy mają doświadczenie, szczególnie ludzie starsi, powinni częściej być doceniani. Generalnym błędem jest mówienie, że wszystko, co robią starsi, jest złe albo niepotrzebne. Ja sam dużo czerpałem z doświadczeń ojca, chociaż był rolnikiem i pochodził z biednej rodziny. Mój dziadek, na przykład, na przełomie XIX i XX wieku przyjeżdżał do pracy fizycznej na Żuławy dla zarobku. Wydaje mi się, że niektórym w podjęciu danej pracy przeszkadza, jak to się mówi, „nazwisko”. Dodatkowo prawdziwą zmorą wielu Polaków jest narzekanie dosłownie na wszystko. Owszem, dzisiejsze czasy przysparzają nam wiele rozczarowań i goryczy, ale nie przekreśla to prawdy pilnej, że w cenie jest i być powinna praca rzetelna, uczciwa. Nierzadko zbyt pochopnie ludzi dzieli się pod względem tego, co robią, skąd pochodzą, ile mają lat. A podziały pochopne są krzywdzące. Nie wspominając o zawiści, o złej zazdrości komuś jego powodzenia, jakiej sam doświadczam i która dominuje w naszym społeczeństwie nad zdrową rywalizacją. Ona niszczy narody i społeczeństwa…  Na przykład całkiem niedawno spotkałem na zakupach mojego kolegę ze studiów – o rok starszy ode mnie, a nadal pracuje w fabryce korpusów turbin energetycznych. Dzięki swojemu wieloletniemu doświadczeniu i bogatym kontaktom w branży na całym świecie jest doradcą szefa. Człowiek większego sukcesu niż ja! Tak, to jest bardzo ważne, by umieć docenić starych dobrych pracowników, choć wiem, że realia są często inne. A narzekając, warto przypomnieć sobie powiedzenie: „nie narzekaj bo przyjaciele się smucą a wrogowie cieszą”.

Wszystko robię wspólnie z żoną, prowadzimy interesy, spędzamy wolny czas, razem wyjeżdżamy. Dzieci są już poza domem, córka jest stomatologiem, zaś syn muzykiem, gra w „Leszczach”. W żadnym razie nie czuję się ani samotnym, ani starym! Również dlatego, że jestem w ruchu –  należę do Starogardzkiego Klubu Biznesu, jeżdżę i załatwiam rozmaite sprawy z firmami, z którymi współpracuję i wszędzie tam spotykam się często z ludźmi już znacznie młodszymi ode mnie, i przez to, tak trochę w sensie mentalnym, ubywa mi lat!

ilustracja

Staram się też być aktywnym ruchowo. Kiedyś, pod koniec mojego pobytu w sanatorium, gość, który prowadził gimnastykę prozdrowotną powiedział nam: „Trzy tygodnie to jest nic; jeśli chcecie być zdrowi, musicie ćwiczyć codziennie”. Kupiłem więc od niego zestaw ćwiczeń i zacząłem w domu ćwiczyć samemu. Mam dolegliwości kręgosłupa, kiepsko wyglądała u mnie ruchowość, a gimnastyka zaczęła mi pomagać. I coraz lepiej się czułem. Kiedy w SCK uruchomiono Uniwersytet Trzeciego Wieku, zaczęliśmy razem z żoną chodzić na gimnastykę. Obecnie chodzimy dwa razy w tygodniu na gimnastykę, raz w tygodniu na basen. Oprócz tego kupiliśmy kijki i niemal codziennie urządzamy sobie spacery po lesie. Bo przecież coś nam jeszcze zostało, trzeba jak najdłużej być aktywnym, dbać o siebie, nieprawdaż? A to, że starość przyjdzie, to pewne. Lecz aktywność pozwala człowiekowi zachować niezależność.


W poczuciu więzi z innymi

(03.09.2010)

ilustracja

Pani Hilda Jung, 75-letnia księgowa, mieszka w szesnastotysięcznym niemieckim miasteczku Diepholz w Dolnej Saksonii, które jest miastem partnerskim Starogardu. Odkąd jedenaście lat temu powstało Stowarzyszenie Partnerstwa obu miast, nie mogło zabraknąć pośród jego członków aktywnej, pełnej witalizmu pani Hildy. Jeśli tylko jest po temu sposobność, zawsze odwiedza Starogard. Zwykle przydarza się to raz w roku, kiedy towarzyszy oficjalnej delegacji władz miasta Diepholz, albo kiedy przybywa wespół z innymi członkami Stowarzyszenia. Jej dom stoi otworem dla gości z Polski: nie było dotąd wizyty starogardzian w Diepholz – czy to wymiany rodzin, czy szkolnych turnusów, czy wizyt delegacji Urzędu Miasta – by jej uczestnicy nie gościli u Hildy. Przy tej okazji Hilda zaprasza do siebie na wspólne posiłki również swoich sąsiadów. Jej domostwo odznacza się serdeczną gościnnością i dzięki jej wielu staraniom i życzliwej trosce tętni życiem.

Pewnie, że jestem aktywna. Najważniejsze, to mieć co robić! Bardzo lubię angażować się w różne sprawy, uczestniczyć w wydarzeniach. To mi daje zadowolenie. Jestem szczęśliwa, że mogę jeszcze pracować zarobkowo, że mogę być wolontariuszką i pomagać innym, że mogę was odwiedzać i przyjechać do Starogardu. Nigdy nie choruję – pewnie dlatego, że nie mam czasu na chorobę!

Co najmniej trzy razy w tygodniu chodzę do pracy. Praca stojąca w pralni chemicznej.  Mogłabym nie pracować, ale co mi da siedzenie samej w domu? Poza tym zarabiam pieniądze, chociaż oczywiście mam tez swoją emeryturę. Czasem z koleżankami wyjeżdżamy na krótki urlop. Tu na miejscu, w Diepholz, mam rodzinę, córkę i wnuczę. Pewnie, że odwiedzam je często. Wyłącznie rowerem! W ogóle wszędzie poruszam się rowerem, bo chociaż mam prawo jazdy, nie mam auta. Nie mam potrzeby dalej jeździć, zaś w dużo dalszą drogę, na przykład do siostry do Hanoweru, udaję się pociągiem.

ilustracja

Wcześniej? Wcześniej pracowałam zwyczajnie, w biurze. Najpierw w firmie tekstylnej, potem prowadziłam biuro przedsiębiorstwa budowlanego, jakie otworzył mój mąż, to była firma dekarska. Pracowałam też kilka lat w ratuszu w archiwum miejskim. Ale jako tłumacz miałam zajęcie dopiero od lat siedemdziesiątych. Pewnego razu przyjechali do nas sportowcy z całej Polski i byłam opiekunką grupy lekkoatletek. No i wiesz, jak to jest, ktoś tam się dowiedział, że mówię po polsku i od tamtej pory byłam potrzebna w różnych urzędach jako tłumacz, do tłumaczenia dokumentów. W końcu, po namowach, zostałam tłumaczem przysięgłym. To były bardzo ciekawe zajęcia, dużo nowych rzeczy można się dowiedzieć, spotykać innych ludzi. Obecnie również mam niekiedy zajęcie, kiedy potrzebują mnie w ratuszu do tłumaczenia ze względu na nasze kontakty między miastami.

Tak, mija już dziesięć lat, odkąd przeszłam na emeryturę, jednak, jak widzisz, jestem teraz z wami, bo nadal się angażuję w działalność Stowarzyszenia. Poza tym jestem asystentką dla seniorów. Co to znaczy? Odprowadzam starszych ludzi, pomagam im w drodze z domu do lekarza, z niektórymi regularnie, z innymi sporadycznie. Również asystuję seniorom podczas wydarzeń rozrywkowych, przygotowywanych nie tylko dla nich, podczas jarmarków, festynów miejskich. Po prostu pomagam im, opiekuję się starszymi, choć sama jestem już seniorką. Są w różnym wieku, młodsi ode mnie ale i starsi, pod setkę! Nie można przecież nie pomagać innym ludziom. Dlatego współpracuję również z jednym z naszych domów seniora. Około 30% mieszkańców Diepholz to seniorzy. Wszystkie te prace wykonuję społecznie, jak się u nas mówi – honorowo. Zostałam zauważona za moje starania na rzecz naszej miejskiej wspólnoty i w styczniu 2008 roku znalazłam się w gronie 63 wolontariuszy z terenu całych Niemiec, których w sposób szczególny uhonorowano zaproszeniem na przyjęcie noworoczne do Berlina – gospodarzem był Prezydent Republiki Federalnej Niemiec. Bardzo przyjemnie wspominam spotkanie i rozmowę z Prezydentem. Całe tamto przyjęcie pozostaje w mej pamięci wielkim i niezapomnianym wydarzeniem. Wzmacnia mnie też w mojej dalszej pracy. Daje satysfakcję. Widzisz, to bardzo ważne, aby zauważać, cenić ludzi wykonujących jakąkolwiek pracę społeczną. Wiele razy obliczamy swoje zarobki, oczekujemy uczciwej zapłaty i cenimy własny czas. Z kolei społecznicy działają nierzadko w poczuciu więzi z innymi, współodpowiedzialności za swoje miasto zupełnie bezinteresownie.

ilustracja

Z tego, co robię, czerpię satysfakcję. Wtedy warto robić to dalej. Nie wyobrażam sobie, bym mogła się nudzić. Każdy z nas przecież robił kiedyś coś z pasją, z zaangażowaniem, prawda? Skoro moi rówieśnicy potrafią działać, potrafię również i ja… Tak, to bardzo optymistyczna myśl. Bo pesymista zawsze musi mieć rację, jednak tylko optymista odmienia świat swoim działaniem.


ilustracja

Gofry z bitą śmietaną!

(rozmowa z panią Krystyną Lis, właścicielką kiosku ze słodyczami przy ogólniaku na ulicy Hallera) 10.08.2010

-Już 35 lat ciągnę ten interes, odkąd go wspólnie z mężem założyliśmy. Pamiętam dobrze datę, było to 28 kwietnia 1975 roku. Mówię ‘ciągnę’, bo nie jest łatwo, zresztą nigdy nie było, choć na przestrzeni tylu lat sporo się zmieniło, ale już nie jestem tak młodą, mając ponad sześćdziesiątkę na karku po prostu prędzej się człowiek męczy. A jednak bardzo lubię tutaj przychodzić. No bo inaczej to co – w domu mam siedzieć? Odwiedzać znajomych można, ale nie wciąż, każdy ma swoje własne zajęcia. A zdrowie, dzięki Bogu, dopisuje, więc przychodzę tu z chęcią. Na początku to była naprawdę mała budka, trzy na cztery metry, teraz jest dwa razy większa, doszło zaplecze. Wcześniej mieliśmy stragany z owocami i warzywami, przez parę lat na Grunwaldzkiej, potem tu na rogu Gimnazjalnej, naprzeciw ogólniaka, i tutaj, o, całkiem na rogu, więc można powiedzieć, że ciągle jestem, jak to się mówi, w tym naszym fyrtlu. Pamiętam jednego razu, w listopadzie, padał już śnieg, a my wciąż jeszcze handlowaliśmy owocami… A skoro tyle lat tu siedzę, to ludzie mnie już znają, i ja znam wielu ludzi, bo stąd widać w każdą stronę ruch na ulicach. Stali klienci przychodzą co dwa dni, co dzień, kupują choćby tylko rurkę z kremem, ale zawsze trochę porozmawiają. Różni przechodnie zatrzymują się przed moją budką, młodzież szkolna, nieznajomi, zawsze można z kimś zamienić choćby słowo.

ilustracja

Przychodzę i otwieram kiosk również w niedzielę. Bo potrzebne są pieniążki. Ale nie wyłącznie dlatego, choć kiedyś łatwiej było gospodarować. Z naszego kiosku starczyło i na życie, i na zainwestowanie w interes, i na zabawę. A teraz to już jedynie starcza ledwie na życie. Lecz przychodzę tu, bo to jest coś, co bardzo lubię, coś więcej niż hobby. Dawniej, kiedy nie było tyle samochodów, ludzie więcej chodzili pieszo, szczególnie w niedziele wychodzili na spacery całymi rodzinami, szli w stronę parku, i tutaj ustawiała się po słodycze cała kolejka. Znałam, kto szedł do pracy, kto wracał, kto skręcał do domu, kiedy do szkoły a kiedy do kościoła. Byłam świadkiem wędrówki – no i nadal jestem – wielu pokoleń ludzi, nie tylko starogardzian, którzy przechodzili tędy i to jest pewien obrazek mojego miasta, jego barwa. Czasem zdarza się, że jakaś dorosła osoba podchodzi z dzieckiem i mówi: ‘O jejku, a Pani tu jeszcze sprzedaje? To ja tu na przerwach biegałem na lody a teraz z własnym dzieckiem przychodzę, a Pani tutaj wciąż siedzi?! I wcale się Pani nie zmieniła, całkiem nic a nic!’ To bardzo miłe spotkania, miło usłyszeć dobre słowa.

ilustracja

Chociaż muszę panu powiedzieć, że coraz więcej ludzi jeździ samochodami – auta przelatują tędy, wiozą pasażerów, którzy w końcu jadą ulicą, ale jednak nie ma ich na ulicy, są nieobecni, nie przechodzą. Wolę, kiedy ludzie idą, kiedy spacerują. Więcej ciekawego wówczas się dzieje, więcej można zobaczyć. I kiedy zachodzą do mnie i kupią jakieś słodycze. Najpopularniejsze są rurki z kremem, a gdy upały, wtedy lody. Lody są z maszyny albo nakładane gałką, o rozmaitych smakach. Robię też tu na miejscu świeże gofry z dżemem, z bitą śmietaną. Wybór słodyczy jest duży, również napojów. Obecnie większość zaopatrzenia przywożą dostawcy, ale raz w tygodniu jadę po drobiazgi do hurtowni na Owidzkiej. Mam prawko ale za to nie mam auta, więc pomaga mi znajomy.

ilustracja

Ze Starogardu to ja już bym się nie wyniosła. Co pewien czas odwiedzam córkę za granicą. Mam też wnuczęta. Dawniej to jeździłam autobusem, a teraz samolotem – to jednak tak nie męczy, tylko godzina lotu a przedtem cały dzień jazdy. I też tyle nie kosztuje…W Starogardzie się wychowaliśmy, było nas czworo rodzeństwa, i mogę powiedzieć, że miasto pięknieje, odnawiane są kolejne domy i gmachy. No ale z drugiej strony to nasze miasto chyba trochę biednieje, ludziom trudniej wyżyć, i starszym i młodym, i mi samej również. Wielu musi jeździć daleko do pracy a kiedyś za pracą jeździło się przecież do Starogardu. Ja sama, dzięki tej mojej budce ze słodyczami, że mogę ją otworzyć dla ludzi, i tutaj spotykać ludzi, czuję się lepiej, młodziej, ładniej, i psychicznie lżej. Jest praca konkretna do wykonania więc nie mam czasu chodzić po lekarzach, bo wtedy wszystkie choroby się pokazują i wszystko zaczyna boleć. A tak – jest zajęcie i nie mam czasu myśleć o głupotach. Bo jest interes, trzeba zaopatrywać, pilnować. Cieszy mnie to, co mam.

E N G L I S H

Ms. Krystyna Lis, in her sixties, runs her own sweet business.

It is since I can only remember that sweets are being sold here – says everybody in our town. Ms. Katarzyna Lis has been running her business, a kiosque with freshly prepared sweets, for over 35 years. In the beginning we used to have fruit and vegetable stands in the near with my husband. Then we decided to open this kind of service . Her kiosque is being recognised as a tasty nexus of a childhood for three generations. It shapes a unique atmosphere of the neighbourhood. I loved to run here during school breaks for sweets, ice creams, sweet corns, freshly made cakes, beverages. And what is surprisingly nice is that whnever I come here with my children already, I find Ms. Katarzyna still works here, serving us with her smile – people say. Oh, yes, it is good to have a chat with both an old customer, and with a new one – says Ms. Katarzyna. – Years ago there were not so many cars there, people used to walk to work,  to church, home and I knew all of them; people enjoyed walking in weekends, the whole families, talking in long queues to my kiosque. Nowadays so many cars make people invisible. Being there in their passing vehicles they are in fact absent from the strees… Well, I am in a pretty age already, but, thanks God, I’m well. However to be well, you have to be active. When you have a job to do, you have to focus on, to be realistic, to think clearly – all this also keep your mind up! There is no time to worry much about things people usually worry too much about. The possibility to work here makes me feel better, younger, more vivid. You know, great plans of your life hardly ever come true… What I like mostly is to come to people with my sweet service and to see them smiling because of it.


ilustracja

Po to, by przekraczać granice, nie musisz wyruszać w podróż.

(25.06.2010)

Leontij Romanowski odwiedził niedawno Starogard. Jest jednym z wielu turystów odwiedzających nasze miasto, jednak turystą szczególnym pod dwoma względami, stąd gości dzisiaj na łamach „Ratusza”. Otóż Leontij dotarł do nas rowerem aż z Łotwy – co więcej: Starogard jest tylko etapem w jego podróży przez wiele krajów Europy – w kolejnej, trzeciej już wielkiej podróży, które rozpoczyna w kwietniu, by powracać do domu późną jesienią.

ilustracja

W swoich wojażach dotarł już dwukrotnie daleko na południe Włoch, do zachodniej Francji, każdego sezonu pokonując około sześciu tysięcy kilometrów. Zamierza kiedyś zwiedzić Hiszpanię, jest o tym przekonany – co szczególnie zasługuje na słowo uznania, zważywszy, że Leontij jest już siedemdziesięciolatkiem.

ilustracja

„- Jestem osobą samotną, kiedy zostałem emerytem, miałem mnóstwo wolnego czasu, postanowiłem zadbać o własne zdrowie – opowiada przy herbacie podczas wizyty w Urzędzie Miasta. – Wcześniej nie potrafiłem przejść piechotą jednego kilometra bez zmęczenia. Zacząłem więc od dłuższych spacerów i rowerowych przejażdżek. A że zawsze interesowałem się obserwacją nowych gatunków roślin, zwierząt, sporządzaniem notatek, zdjęć, tak więc zapuszczałem się w coraz odleglejsze krainy, aż w końcu podróżuję po Europie. Zdrowie, chwała Bogu, dopisuje, pijam przede wszystkim dużo soku z czarnej porzeczki, który bardzo wzmacnia i uodparnia. A nie jest łatwo ciągnąć za rowerem wózek z namiotem, całym ekwipunkiem, zapasem ubrań, narzędziami, szczególnie w upały, przekraczając pasma górskie.

ilustracja

Zwykle mój sprzęt wespół z rowerem waży około stu kilogramów. Ja zresztą ruszam każdej wiosny z podobną wagą mojego ciała – śmieje się Leontij – ale kiedy wracam w październiku do domu, ważę 85 kilo .” Kłopotem są jak zwykle pieniądze, których nigdy dosyć. „- Mam przy sobie kartę i pobieram pieniądze z bankomatów w różnych krajach. Jednak moja emeryturka jest niewielka, dlatego przypiąłem do kierownicy roweru skarbonkę, z prośbą o wsparcie. I muszę przyznać, że zwykle coś tam jednak trafia do środka!”

ilustracja

Przez zimę Leontij Romanowski regeneruje siły i porządkuje zdjęcia oraz materiały przywiezione z wyprawy, planując tym samym kolejne szlaki nowej podróży. Opowiadał nam o swoich przygodach, prezentując kronikę bieżącej wędrówki, wypełnianą pieczątkami, pamiątkami, wpisami i pozdrowieniami ludzi, których spotyka, u których znajduje gościnę, nocleg, wsparcie.

ilustracja

Teraz rozpoczynają się u nas wakacje – więc tym bardziej zachęcamy wszystkich tak do samodzielnych, jak do wspólnych, rodzinnych wycieczek rowerowych. Starogard i Kociewie są piękne – odkryj je!

E N G L I S H

No need to set off on a journey to go beyond borders

Mr. Leontij has just visited our town by bike. There wouldn’t be anything unusual in this achievement unless we know that the cyclist is 75 years old and cycles from Latvia westbound. This is already his third trip in the row! After having retired he was however not a fit man at all. Being in his mid sixties he could hardly walk for one kilometre long distance which tired him out. So, step by step, he began to combine his interest in taking pictures and exploring wild nature with every little longer walks. Then he started to cycle to the nearest neighbourhood. Having crossed Latvia for several times, he came to the conclusion why not other countries? Such was the beginning. Nowadays he sets off for his trips in April with the weight of his body of ca. 100 kg, to finish the journey at home in late October with nearly 85 kg. of his weight. His equipment entire weight (bike and trolley) is 100kg! Having a tent, a sleeping bag etc. he stays independent, however many a time he is very welcome and is hosted by people just met on the road. I cycled through the old town and met Leontij incidentally, spotted his vehicle. During a nice and long chat with him (in a mixture of Polish-Russian-English), among many interesting stories and pictures, he revealed his secret what to do to keep your body, mostly heart, in a good condition. That’s quite easy – he said. – Just don’t forget to drink every day a blackberry juice. And be openminded!


ilustracja

KOCIEWIE RETRO

(28.05.2010)

Zespół regionalny powstał w latach 60-tych przy Zakładowym Domu Kultury POLFA jako „Zespół Pieśni i Tańca KOCIEWIE”. Uatrakcyjniał swoimi występami imprezy organizowane w regionie, kilkakrotnie na dożynkach ogólnopolskich i niemalże na wszystkich przeglądach zespołów folklorystycznych. Choreografem zespołu był pan Witold Nalepa z Gdańska, który za swoją pracę został odznaczony medalem za zasługi dla Starogardu Gdańskiego.

ilustracja

W 2000r. zespół reaktywował się jako Amatorski Zespół Folklorystyczny KOCIEWIE RETRO. Jak mówią jego członkowie, słowo ‚retro’ wzięło się stąd, że nie są już nastolatkami. Obecnie w zespole tańczy 14 osób, m. in. członkowie dawnego Zespołu Pieśni i Tańca. Piękne stroje kociewskie, w których występują i również dzięki którym zdobywają trofea i wyróżnienia, szyją sami. Okres od maja do października jest zwykle czasem bardzo pracowitym, wypełnionym próbami przed licznymi występami. Zespół regularnie wyjeżdża na przeglądy taneczno-wokalnych grup scenicznych do Piaseczna i Debrzna, na Ogólnopolskie Spotkania Zespołów Ludowych do Kwidzyna i Złotowa; promuje region i reprezentuje nasze miasto na festiwalach, dożynkach, również ogólnokrajowych, podczas wyjazdów za granicę do Bułgarii, Niemiec, Rosji. Tancerze z dumą podkreślają, że nie zdarza się, by z wyjazdu wracali z pustymi rękoma, bez nagrody. Członkami KOCIEWIA RETRO jest także kilka osób z chóru od św. Mateusza, co pomaga  w przygotowaniu partii śpiewanych. Mówią jednak, że bardzo przydaliby się zespołowi nowi członkowie, szczególnie mężczyźni. Mniejsza o taneczny talent, liczy się, by byli pasjonatami i aby chcieli współtworzyć atmosferę dobrej zabawy.

ilustracja

Zespół prezentuje takie tańce jak: polonez kociewski, polki kociewskie, oberki, taniec korkarz i piwowar oraz walczyk kociewski, których wykonanie, zwykle ciekawie urozmaicane formalnie, jest doskonalone podczas cotygodniowych spotkań i prób w SCK, w poniedziałki o 18.00.

ilustracja

Opiekunka grupy, pani Bożena Piór , serdecznie zaprasza chętne osoby do włączenia się w działalność zespołu. Kontakt telefoniczny przez SCK: 58 561 29 45.


Młodość stulatka

(Dom Dziennego Pobytu przy ul. Pelplińskiej 3, tel. 58 562 24 52) – 14.05.2010.

Wiek chyba idzie w parze z samotnością. To znaczy im człowiek bardziej samotny, tym czuje się starszym i, jak to zwykle mawiamy, prędzej się starzeje. Z kolei inni, którym wciąż brak czasu, ponieważ są ludźmi aktywnymi i często dopiero na emeryturze znajdują więcej czasu, by poświęcić go realizacji własnych zainteresowań i pasji – te osoby czują się młodo, pozostając aktywnymi.

Bodaj każdy z nas otrzymał już niejednokrotnie życzenia „stu lat życia”, zapewne nie wyłącznie z okazji obchodzonych urodzin. Zresztą fetowanie czyichś urodzin nie może obejść się bez odśpiewania właśnie owych „stu lat”. Recept na długowieczność jest wiele, można na przykład sięgnąć po opowiadanie „Młodość stulatka” Eliadego; można przypomnieć sobie niejeden mit, którego bohater uparcie poszukuje wiecznej młodości – warto tutaj pamiętać, że i legenda o naszej starogardzkiej Wierzyczance skrywa podobno tajemnicę upływu czasu… Jednak wszystkie recepty długowieczności łączy podobieństwo, którym jest rada, by wspólnie z innymi spędzać czas, by, przebywając pośród ludzi, cieszyć się wspólną pracą, rozrywką i wzajemną pomocą.

ilustracja

„Kto chce długo żyć, niech przyjdzie do nas!” – zaprasza pani Małgorzata Trzos. – „ Osoby przebywające u nas dożywają w zdrowiu naprawdę sędziwego wieku i nie marnują czasu na narzekanie. Dziewięćdziesięciolatkowie, nawet stulatkowie pracują i bawią się w naszym gronie, spacerują o własnych siłach, zachowując sprawny i otwarty umysł.”   Dom Dziennego Pobytu jest otwarty od poniedziałku do piątku w godzinach od 8.00 do 16.30, choć, jeśli zachodzi taka potrzeba, do 18.00. Każdego dnia spotyka się tutaj około 20 osób, które przychodzą samemu lub korzystają z pomocy transportowej, uzyskawszy uprzednio skierowanie z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Pan Eugeniusz, fizjoterapeuta, raz w tygodniu prowadzi gimnastykę geriatryczną na dużej sali Domu Dziennego Pobytu, niemniej codziennie przez dwie godziny prowadzi zajęcia fizjoterapii w specjalnej, znakomicie wyposażonej salce. Dodatkowo organizowane są cykle comiesięcznych, trwających dwa tygodnie masaży zdrowotnych. W placówce funkcjonują też pracownie – bardzo ciekawe rękodzieło w drewnie, plastyczne, na szkle jest również do kupienia. „ Pensjonariusze spędzają tu czas w sposób bardzo różnorodny ” – opowiada pani Małgorzata – „ nasza opieka przyjmuje formę właśnie aktywizacji, od zajęć ruchowych począwszy, poprzez pracownie rękodzieła, imprezy kulturalne, taneczne, zabawy, również w ogrodzie z udziałem orkiestry, spotkania przy grillu i lodach truskawkowych, po pogadanki o estetyce, zdrowiu, na wypiekach w naszej kuchni kończąc.” Przestronna, widna, nowocześnie wyposażona kuchnia przywodzi na myśl smakowite kulinaria. Osobna salka telewizyjna rzadko cieszy się zainteresowaniem. „ Widzi pan, w naszym Domu ludzie naprawdę się integrują i zarazem uczą integracji, zwłaszcza na czas pobytu poza Domem. Tutaj też odpoczywają od problemów, mogą się wyciszyć, odprężyć, poczuć bezpiecznie. Udzielamy także specjalistycznej pomocy psychiatrycznej.” Wraz z panią Małgorzatą, opiekunami są Monika Bober, Barbara Klamann, Katarzyna Mroczkowska i Henryk Wojak.

Szydełkuje pani Irena. ilustracja

„Gro osób goszczących u nas to osoby samotne. Jednak dzięki nam wszystkim nie czują się opuszczone .”


Kiedy gram

(Rozmowa z Zygmuntem Słomińskim, starogardzkim muzykantem (16.04.2010)

ilustracja

22 kwietnia mija 8 lat, jak tu gram, na starogardzkim rynku. Dlaczego to miejsce, koło mlecznego baru? Bo tu tanio i smacznie, przychodzi więc sporo ludzi, też samotni, emeryci, znajomi. Mam z kim pogadać. Kiedy robią się duże upały, wtedy siadam po drugiej stronie rynku, w cieniu. Muszę uważać, bo jestem po dwóch zawałach. Oj tak, człowiek się nie oszczędzał i teraz wychodzi wszystko. No i nałóg, kiedyś paliłem 50 papierosów dziennie, teraz 15. Już sobie bardziej z tym nie poradzę, za stary jestem, a organizm zbyt przepojony nikotyną. Poza tym moja praca – jestem z zawodu meliorantem i spory kawał życia przepracowałem w ziemi, w wodzie, a to nienajlepsze warunki pracy dla zdrowia. No i te nieprzespane noce na weselach, zabawach. Bo musisz wiedzieć, że miałem zespół muzyczny i graliśmy po różnych imprezach. Skład był dobry: saksofon, trąbka, perkusja, ja na akordeonie, gitara i zarazem wokal. Zawsze graliśmy do końca. Do rana. Zabawa musiała być na całego! Co do muzyki, to uczyłem się też gry na trąbce i na perkusji. Drugą moją pasją jest piłka nożna. Kiedyś to było moje wszystko, grałem w trzecioligowym „Kolejarzu” w Lęborku. Tam też kończyłem szkołę. Teraz kibicuję naszej starogardzkiej drużynie. A kiedy niepogoda, wtedy oglądam telewizję. Obowiązkowo rozgrywki różnych lig piłkarskich, ale również obrady sejmowe… Dużo już człowiek przeszedł i sporo się wie – i kiedy słucham tych debat to nieraz naprawdę obraz nędzy i rozpaczy – zamiast razem ciągnąć wózek naszej kochanej ojczyzny, każdy próbuje ciągnąć w inną stronę.

ilustracja

Czasem też, późnym wieczorem czy nocą, zapalam sobie w kuchni światło i czytam. Trochę sobie przez to wzrok popsułem. Ale generalnie to w domu nie lubię siedzieć, a jeśli już muszę, wtedy siedzenie w domu jest dla mnie jak kara boża… (brzęk monety) ”-Dziękuję Pani, życzę miłego dnia”… Gdy tylko mogę, wychodzę na powietrze, trochę przygrać na rynku, z ludźmi porozmawiać, pośmiać się. Mam wnuki i prawnuki, ostatnio odwiedzili mnie na Wielkanoc. W Starogardzie mieszkam już ponad 30 lat. Ostatnio latka mijają szybko… Upływ czasu? Każdy ma swoją kreskę. Ile ja tu już pogrzebów oglądałem, jak często zmieniają się klepsydry, 40-latek, 50-latek, ludzie młodzi, 25-latek, wypadki… Za każdą z tych kartek kryją się osobne, prywatne, głębokie ludzkie tragedie, zagubienia. Kiedy jest tu w kościele pogrzeb, wtedy gram „Ciszę”.

ilustracja

Sam chcę być jak najmłodszy. To znaczy, że nie narzekam i, co najważniejsze, nie liczę lat. Biorę życie na wesoło. Choroby? A powiedz mi, kto nie choruje? Ale nie można się chorobie poddawać. Trzeba ją ścierpieć i nigdy nie użalać się nad sobą. Wiadomo, kiedy ma się tyle lat za sobą, wszystko może zawodzić, bolą mnie nogi, ręce. No ale mimo tego sięgam po mój akordeon. Wiele osób, i młodzi, i starsi proszą często, bym zagrał to a to. Bardzo mnie cieszy i jestem wdzięczny, że ludzie mnie szanują. To też przyjemność, że lubią moją muzykę. Że lubią, kiedy gram.

E N G L I S H

Whenever I play
Mr. Zygmunt Słomiński, Starogard street player

In 22nd  April it is already 8 years since he’s started to play here, at Old Town Market, near the Milky bar. – Why this place? Because they serve there tasty and cheap food, so many people come here, also lonely ones, pensioners, elderly like me. I have somebody to talk to – he says. Zygmunt has always been living very busy life as a 3rd league football payer, as a band musician, apart from working in drainage industry. Yet, having passed two heart attacks,  having experiencing first football successes of his grandson, he lives his live in full. – Whenever not well, you shouldn’t ever give up. Being in the age of mine everything may goes wrong with your body, sometimes I feel pain in my legs, my hands. But even though I can’t stay at home – just grab my accordion and come out to people playing at the market. Many ask me to play a certain tune they wish. They like my music. It’s very good to know that people respect me.


Radość jest młoda!

(26.03.2010)

Klub Seniora WRZOS, przy Spółdzielni Mieszkaniowej Kociewie, działa od 43 lat. Najtrudniej przeżyć pierwsze sto lat – mówi z powagą pan Roman. – Potem idzie z górki!

ilustracja

Już po krótkim pobycie w Klubie staje się oczywistym, że to pogodne powiedzenie jest maksymą wszystkich seniorów. Klubowicze nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez swoich cotygodniowych spotkań, bez wyjazdów, wyjść, rozmów z ciekawymi ludźmi, których pani Natalia Mazur, opiekunka Klubu, zaprasza do klubowej świetlicy; bez wspólnych podróży, wycieczek krajoznawczych, wyjazdów do teatru; bez zwykłego porozmawiania przy kawie, przy herbacie; bez wzajemnego pochylenia się nad problemami i bez dzielenia się radością.

ilustracja

Podczas drugiego spotkania z Wrzosem siedzimy przy dużym stole. Pani Natalia wydobywa z szafy kolejne tomy klubowych kronik. Wszyscy odwracamy powoli karty ciężkie od zdjęć, wycinków prasowych i najrozmaitszych pamiątek. Pan Roman z humorystycznym zacięciem komentuje wieloletnie wpisy. Tak rodzi się rozmowa, pełna ożywienia, poruszająca jak wspomnienia z wielkich wakacji. Uderzająca jest obserwacja, że długoletni członkowie Klubu, choć starsi wiekiem, wyglądają młodziej od świeżych członków! – pokazuje pani Urszula. – I nie ma się czemu dziwić: żyjemy intensywnie i ciekawie! Jeździmy na pikniki, bawimy się wspólnym spędzaniem czasu.

Kolejne spotkanie Klubu odbywa się w Hucie Szkła ‘Wiktoria” w Starogardzie. Tutaj, nim niektórzy kupią urokliwe drobiazgi rękodzieła w szkle, każdy może ‘posmakować’ niełatwego rzemiosła, stając przed białym od gorąca piecem.

ilustracja

Wszyscy zgodnie mówią, że Klubowi przydałaby się ‘świeża krew’. Jednak trudno pozyskać nowych członków – ludzie przeważnie zamykają się we własnych czterech ścianach, są niechętni angażowaniu się, często też wstydzą się swojego wieku, że stają się coraz starsi, niekiedy trudno im się z tym pogodzić.

Obecnie Klub zrzesza około 45 osób. Gromadzi się w każdy czwartek o godzinie 16.00 w świetlicy Spółdzielczego Domu Kultury SM Kociewie przy Al. Wojska Polskiego 16. Tel.: 585633177 . Klubowicze gorąco zachęcają innych seniorów do kontaktu i do odwiedzin Wrzosu!

ilustracja

ilustracja

ilustracja

ilustracja


Pytanie o samodzielność

Rozmowa z panią Izydorą Janowską , wolontariuszką w Warsztatach Terapii Zajęciowej oraz w Środowiskowym Domu Samopomocy przy parafii NSPJ na Łapiszewie (zdjęcia: CARITAS Łapiszewo) – cz. 5, 05.03.2010.

W ośrodku wszyscy zwracają się do mnie ‘pani Izo’. Bardzo lubię tu przychodzić, przebywać tutaj, pracować. W WTZ pracuję codziennie od krótko po 7:00 do 15:00. Pyta pan o początek? Wolontariuszką jestem od półtora roku. Ksiądz Pick zaproponował mi wolontariat jako formę wyjścia do ludzi, spotkania drugiego człowieka. Byłam osobą bardzo zamkniętą, naprawdę niczym żółw we własnej skorupie. Teraz mam znakomity kontakt z innymi. Jesteśmy zżyci. Z moimi rówieśnikami w Środowiskowym Domu Samopomocy wymieniamy się doświadczeniami, snujemy plany na przyszłość. Nasze rozmowy rodzą zażyłość. Z kolei w Warsztatach Terapii Zajęciowej pomagam ludziom dotkniętym kalectwem. Są to osoby bardzo czułe i trzeba umieć pomagać im w taki sposób, by nie urazić. Co mam na myśli? Proszę zauważyć: najsłabszą istotą ludzką w naszym społeczeństwie jest właśnie człowiek niepełnosprawny. Więc nie w tym rzecz, by, pomagając, współczuć bądź okazywać litość, bo to podkreśla przecież czyjąś słabość, a przez to poniża. Musisz być spokojnym, opanowanym, konsekwentnym, aby można na tobie polegać. I koniecznie pełnym pogody ducha! Swoje problemy należy zostawić w domu. Ponieważ jeśli przynosisz złość albo gniew, osoby wrażliwe mogą zwyczajnie się przestraszyć, odczuwać lęk. Ale z drugiej strony praca tutaj weryfikuje też wagę moich własnych spraw i problemów. Czy każdy mógłby być wolontariuszem? Hmm… Sama nie wiem. Myślę, że jednak nie, nie każdy. Choć z drugiej strony mi samej daleko było przecież do otwartości… Poza tym jestem choleryczką! Wychodzi więc na to, że bycie dojrzałym wolontariuszem pozostaje sprawą za każdym razem inną, indywidualną. Jednak mam głębokie przekonanie, że najważniejsze, aby, przebywając pośród ludzi, umieć się śmiać, natomiast płakać w ukryciu. Co daje mi ta praca? Przede wszystkim, jak zresztą każda inna dobra praca, poczucie własnej wartości, spełnienie, satysfakcję, trud i zmęczenie, chwile próby. Ciekawi mnie obserwowanie innych, w jaki sposób radzą sobie w życiu, w jaki sposób pojmują otoczenie. Ciekawi mnie ich ogląd świata. Wówczas wciąż na nowo rodzi się pytanie o przygotowanie człowieka do samodzielności. Widzi pan, to jest pytanie szerokie i jednocześnie bardzo aktualne. Owszem, staramy się i musimy być samodzielni. Lecz kiedy na przykład tracimy najbliższych, kiedy tracimy zdrowie, naraz tracimy również swą samodzielność. Ponieważ trzeba zrozumieć, że samodzielność jest w wielu sytuacjach pojęciem umownym. Z tego względu my – ludzie – potrzebujemy siebie nawzajem. Dlatego ostatecznie każdy z nas, by nie żyć w osamotnieniu, po trosze musi być wolontariuszem.

ilustracja

——————————————————————————————————–

ilustracja

Najważniejszy pierwszy krok

Rozmowa z Danutą Kozikowską, członkinią zarządu Uniwersytetu Trzeciego Wieku, amatorką malarstwa, rysunku oraz turystyki rowerowej.

ilustracja

Co drugą środę duża sala SCK wypełnia się o 17:00 nie tylko uczestnikami zajęć UTW. Przychodzą wszyscy zainteresowani kolejnym otwartym wykładem. Ale przede wszystkim przychodzą osoby, na których obecności zależy nam najbardziej: osoby niezdecydowane.

ilustracja

Nie ma chyba lepszego sposobu na wyjście z domu i spotkanie rówieśników, niż obecność na wykładzie, który nierzadko staje się też pretekstem, by spotkać i porozmawiać z innymi. Nie potrzeba tutaj pieniędzy, nie ma obowiązku zapisów, nikt nie wymaga długopisu, zeszytów…

Takie spotkanie zwykle otwiera, stajemy się bardziej pogodni, więcej w nas życia. Jeśli zaś ktoś postanowi spróbować i zacznie uczęszczać na któreś z zajęć (jest wiele bezpłatnych), niewątpliwie wypełni swój czas ciekawie i pożytecznie. Mi obecnie brak czasu niemal na wszystko. Jednak nigdy się nie nudzę!

ilustracja

Liczy się pierwszy krok – pragnienie świeżych doświadczeń. Odważ się przyjść, wyciągnij z domu sąsiada. Najcenniejsze jest poznawanie nowych ludzi. Kiedy ktoś zwróci się do drugiego po imieniu, uwalnia człowieka z zamknięcia. Przestajesz być sam.

——————————————————————————————————–

ilustracja

Pieknu można odpowiedzieć tylko poprzez działanie.

Rozmowa z Wandą Paszkowską, 60-latką, malarką.

Pani Wanda Paszkowska zaczęła malować, kiedy ze wsi przeniosła się po śmierci męża do miasta. Wcześniej nigdy nawet nie próbowała rysować, po prostu postanowiła wypełnić czymś czas. Podpatrywała, jak robią to inni, pytała o rady. Obecnie mówi, że wpadła w malarski nałóg, że nie wyobraża sobie, by mogła przesiadywać bezczynnie w domu. A dom pani Wandy wypełniony jest jej pracami dosłownie po brzegi, pracami, które przedstawiają sceny biblijne, krajobrazy, martwą naturę, architekturę, scenki rodzajowe. Szczególnie piękne, których zresztą jest bodaj najwięcej, wydały mi się obrazki kwiatów w pełni swoich barw, żywe, obfite.

ilustracja

Gdy zabraknie grosza na farby, na płótno, nawet na pilśniową płytę – bo niełatwo rozwijać się przy tak niskiej rencie, co dobitnie podkreśla pani Wanda – wtedy kontynuuje spisywanie kolei losów swojej licznej rodziny; z jedenaściorga rodzeństwa wszyscy jeszcze żyją: najmłodszy brat przekroczył 50-tkę, najstarsza siostra ma już ponad 80 lat. Kiedy spotykają się wszyscy, wówczas przy lekturze rodzinnej historii nie ma końca opowieściom i żartom. Pani Wanda zwraca uwagę, że to pomaga być razem, wzajemnie się wspierać, a jednocześnie być bardziej wnikliwym obserwatorem współczesnego czasu, który bardzo często pełen jest goryczy i piołunu. W takim czasie niełatwo być patriotą, nawet patriotą lokalnym, niemniej jednak z głęboką pogodą ducha pani Wanda mówi o swoim zadowoleniu z rodziny, z dzieci, z wnucząt, i także z tego, że zostali i pracują w kraju. I że są blisko.

ilustracja

Czasami zdarza się pani Wandzie napisać wiersz. Swoje wiersze recytowała już nie raz w Starogardzkim Centrum Kultury; tutaj też co roku prezentuje swoje obrazy. Publikowała także w lokalnej prasie. Jak mówi, wiersze same przychodzą człowiekowi na myśl, tylko trzeba się trochę zatrzymać, porozmyślać. Zresztą niczym innym nie jest malowanie.

ilustracja

To najprzyjemniejszy dla pani Wandy, jak sama przekonuje, moment, zwłaszcza, jeśli długo wyczekiwany – kiedy wchodzi do sklepu i kupuje farby. Jestem najszczęśliwsza, kiedy mogę malować. To moja prawdziwa pasja.

ilustracja

Myślę, że w wielu zwykłych sprawach można znaleźć piękno, tylko trzeba je naprawdę szukać. Może to być przez odwiedzanie znajomych, podczas spacerów za miasto, pracę w ogrodzie. Gdziekolwiek wyjeżdżam, lubię zachodzić do antykwariatów. Przyglądam się z zainteresowaniem różnemu rękodziełu. Piękno pociąga i zachwyca. Uzależnia. Pięknu można odpowiedzieć tylko poprzez działanie, bo piękno porusza.

——————————————————————————————————–

Mieszkaniem wędruje łąka.

Rozmowa z panią Janiną Dubiellą, hafciarką.

ilustracja

Najpiękniejsze jest białe lniane płótno. Stanowi znakomity podkład i najlepsze tło dla kociewskiego haftu – mówi pani Janina. – Ma barwę pełną i naturalną, bardzo przyjemną. Żadna inna biel nie potrafi równie dobrze podkreślić intensywności kolorów w krajobrazie kociewskiego haftu.

ilustracja

Nasz haft, jak każdy haft regionalny, ma reguły określające jego wygląd. Uczyłam się ich jeszcze w podstawówce. Wzór kociewski jest niełatwy, wyszywa się go długo, bo wymaga podwójnego haftu. Lecz na dobre zaangażowałam się w haftowanie kilkanaście lat temu, kiedy przeszłam na rentę. A im dłużej haftuję, tym bardziej wzory haftu są dla mnie świeże, nowe. Teraz jestem w nich zakochana.

ilustracja

Moje zainteresowania, którymi prócz haftu są śpiew i rysunek, starałam się zawsze rozwijać. Oczywiście wymagała tego ode mnie również moja praca z dziećmi w przedszkolu. Moje zainteresowania jednak kontynuuję nadal, ponieważ pragnę żyć pośród ludzi. Po to rozwijam swój talent.

Od lat zmagam się z chorobą. Czasami bywało bardzo źle. Najpierw chciałam wyzdrowieć dla mojego dziecka, które teraz jest już dorosłym człowiekiem. Oprócz choroby zmagam się, z oczywistych względów, z czasem. Lecz nie widzę powodów, dla których miałabym się poddać.

ilustracja

Uczęszczam na zajęcia haftu, które w ramach Uniwersytetu Trzeciego Wieku prowadzi pani Maria Erdanowska. Jestem członkinią kabaretowo-wokalnej grupy seniorek „Po prostu one” oraz starogardzkiego oddziału Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego (dla obu grup pani Janina prowadzi pięknie zdobione albumowe kroniki). Należę do Polskiego Związku Emerytów i Rencistów. Wszędzie tam organizujemy wycieczki, wyjazdy plenerowe, spotkania. Naprawdę nie mam czasu myśleć o chorobie. Dzień jest dla mnie za krótki. Potrafimy wraz z przyjaciółmi wykorzystać każdy czas do syta, być razem, razem pracować. To jest bardzo ważne, umieć budować trwały kontakt z innym człowiekiem. Zwłaszcza poprzez kulturę regionalną, amatorską. Trzeba umieć się angażować, żyć z pasją.

Moje potrzeby? Spośród nich wiele jest ważnych, choć prozaicznych, jak nowe okulary, komputer z dostępem do Internetu. Marzy mi się też, byśmy my, niepełnosprawni, nie byli tak często marginalizowani, jak to niestety ma miejsce. I bardzo bym też chciała, żeby w starogardzkich bibliotekach można było wypożyczać audio-książki, książki do słuchania.  Od znajomych wiem, że jest na audio-książki zapotrzebowanie. Żeby można „czytać” podczas długich godzin haftowania.

ilustracja

——————————————————————————————————–

ilustracja

PO PROSTU ONE

(zdjęcia autorstwa Zespołu)

Każdego tygodnia, w czwartki, o godzinie 16:00, licząca osiem osób grupa emerytek gromadzi się w Starogardzkim Centrum Kultury. Od ponad dziesięciu lat tworzą zespół wokalno-taneczny PO PROSTU ONE.

Jest to zespół nieformalny, powstał z ich własnej inicjatywy i pozostaje przedsięwzięciem samofinansującym się. Godne uwagi są nie tylko ciekawe teksty piosenek, przygotowywane przez panią Antoninę, ale również bardzo widowiskowe, wielobarwne stroje, które członkinie grupy przygotowują za własne środki, szyjąc je samodzielnie.

ilustracja

Oprócz angażowania się w działalność kabaretową, wszystkie panie są czynnymi członkiniami Związku Emerytów i Rencistów; niektóre również uczestniczą w zajęciach Uniwersytetu Trzeciego Wieku, zajmują się krawiectwem, hafciarstwem, tkactwem i plastyką. Dzielą się swoim czasem z innymi, rozwijając wspólnie swoje hobby i pasje. Jako zespół wokalno-kabaretowy są zapraszane do gdańskiego Teatru Miniatura na wojewódzkie przeglądy teatralne, również do Skórcza, Pinczyna, Czarnej Wody, Bobowa. Uczestniczyły w „Nocy Kupały” w Szteklinie, jak również występowały w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wyjeżdżają na pikniki, wycieczki – także te ze ZEiR.

ilustracja

„ – Jak będziemy narzekać, nic nam z tego nie przybędzie!” – mówią o sobie. Zachowują niebywałą pogodę ducha oraz witalizm, będąc w wieku 60 – 70 lat, a są wśród nich nawet prababcie, niektóre przychodzą o lasce, cierpią na poważne dolegliwości zdrowotne. Zawsze jednak spotykają się w miłej, dobrej, ciepłej atmosferze, częstując się przyniesionymi z domu drobiazgami własnej roboty. Śpiewają przy tym, recytują wiersze, rozmawiają, żywo gestykulując.

Członkinie zespołu – Lila, Zofia, Janina, Halinka, Marysia, Basia, Leokadia i Antonina –przygotowują i wykonują rozmaity repertuar: od pieśni maryjnych po teksty rozrywkowe. Ich jedynym zmartwieniem jest brak akompaniamentu. Dlatego wyrażamy ich gorąca prośbę o kontakt z zespołem osoby zainteresowanej udzielaniem nieodpłatnie akompaniamentu muzycznego.

ilustracja

Poniżej tekst jednej z wielu piosenek zespołu.

KABARET TO MY

1.
Gdy piosenka już popłynie,
zaraz każdy ból przeminie,
i powodów do radości mamy wiele,
a kto siedzi, ten się nudzi,
i odsuwa się od ludzi,
i powoli, powoli gnuśnieje.

Ref.
Wesołe dziewczyny to my,
rozśpiewane dziewczyny to my,
wszystkich wkoło zabawiamy, gdy wesoło zaśpiewamy,
bo kabaret, kabaret – to my!

2.
Nudziarz stęka wciąż i jęczy,
że choroba go tak męczy,
i na leki wciąż wydaje całą forsę,
my darmowe leki mamy, gdy wesoło zaśpiewamy,
ten eliksir nie kosztuje wtedy nic,
gdy piosenka się rozkręci, wnet do tańca przyjdą chęci,
to na nowo chce się dalej żyć!

ilustracja

image_pdfimage_print